18:33

klasa, krytyka i spór o emocje

jednym z niebezpieczeństw wynikających z romansu zaangażowania i środowiskowości jest ryzyko odcięcia się od rzeczywistości, utrata oglądu, naiwne si, jesteśmy tutaj same/i. tymczasem świat to konglomerat sprzeczności, zderzających się punktów widzenia, prób porządkowania rzeczywistości i prawd, których nawet byśmy nie pomyślały/eli – albo będziemy mieć to na uwadze, albo poczujemy się jakbyśmy dostały/li obuchem w głowę, bo ocknąć się nie jest uczuciem przyjemnym. w życiu wielokrotnie czułyśmy/liśmy jakbyśmy dostali po mordzie: po studiach, po pierwszej wypłacie, zbyt długiej trzeźwości, po zamieszkaniu razem, po poważnej chorobie, albo kiedy orientujemy się, że najuczciwsze będzie stwierdzenie, że jesteśmy zdane/i wyłącznie na siebie. są też, rzecz jasna, momenty nieco mniej dramatyczne, jak ten ostatni: siedzisz na zajęciach, prawie nic się nie dzieje, więc uzupełniasz kalendarz, planujesz każdą minutę, żeby ogarniać, żeby ogarnąć, w tak zwanym międzyczasie pijesz trzecią kawę, która smakuje jak pierwsza o piątej rano (nienawidzisz poranków), myślisz o wszystkich plastikowych reklamówkach, które kupiłaś, spostrzegasz też o kurde, słońce, zmarnowany dzień, aż nagle dociera do ciebie wielki, klasowy rzyg. jest jeszcze gorzej, orientujesz się, że to nie rzyg z katedry, a rzyg kogoś, kto z pewnością jest ci bliski rocznikowo. a rzyg ten, drogie osoby, tyczy się krytyki.

wielokrotnie dawałam już wyraz mojej niechęci wobec krytyki akademickiej lub tzw. krytyki profesjonalnej i muszę przyznać, że nie czułam się osamotniona z tym podejściem, przeciwnie, wszyscyśmy przybijali sobie piątki, zgodnie twierdziłyśmy/liśmy, że pod tym względem akademia ist tot, że nie czytamy i nie słuchamy tej przesadnej profesjonalizacji, zdań bez polotu, zapchajdziur oraz  potworkowatych metafor, które niczemu nie służą. i to był błąd, bowiem okazuje się, że nawet w tej jednej bańce znajdują się jednostki, które nigdy się ze sobą nie zgodzą. dość zaskakujący wydał mi się fakt, że budowanie monopolu na cokolwiek nie jest kwestią, którą należałoby omawiać w czasie przeszłym, ani w kontekście pokoleniowym. a jednak nawet moje rówieśniczki/y wciąż podzielają pogląd, że istnieje jakaś słuszna retoryka – jedna z uczestniczek kursu była śmiertelnie oburzona potocyzmami ("koleś", wyrażenie "trącić myszką" również zaklasyfikowała jako potoczne), subiektywizmem (ciężko uwierzyć, że ktoś jeszcze chce czytać krytykę w stylu streszczam/omawiam, czyli w przybliżeniu błoński). wewnętrznie śmiałam się do rozpuku, kiedy usłyszałam, że halo, recenzja jest gatunkiem informacyjnym, że w każdym poradniku jak pisać recenzje, szanowni państwo, stoi, że ma być tak, a nie inaczej. taki monopol na mówienie jest szalenie irytujący i prowadzi do nieznośnej, może nawet niebezpiecznej, uniformizacji krytyki  – wówczas należy wpasować się w klucz, żeby nie wywołać intelektualnego refluksu (w ogóle już samo istnienie klucza jest absurdalne). w tle wspomnianej przeze mnie wypowiedzi majaczy widmo starego, ale nieustannie aktualnego konfliktu na linii krytyka profesjonalna i nieprofesjonalna, tzn. sporu o emocje. bo czyż prawdziwa/y krytyczka/k może pozwolić sobie wypowiedzi bazujące na wrażeniach, emocjach? absolutnie nie! emocje, to choroba krytyki natywnej* (amatorskiej, półamatorskiej) i, co zostało wyraźnie zaznaczone podczas jednego panelu w ramach konferencji trzydziestoletnia. literatura polska w latach 1989-2019 (urocza stypa), właściwe krytyce nowej (młodej). co więcej, padły słowa "to nie jest krytyka intelektualna", co jest doskonałym odzwierciedleniem myśli, że legitymizacja konkretnych krytyk jest wynikiem "inteligenckiej doksy", co prowadzi nas prosto w śliski uścisk z tym, co klasowe

trochę się wstydzę, ale muszę przyznać rację starszym (wspominała o tym dorota kozicka) – rzeczywiście podział na starą i nową krytykę był spoko do lat dziewięćdziesiątych, ale wraz z powrotem krytyki zaangażowanej, sporów o charakterze politycznym, światopoglądowym, trudno porządkować ją wedle wieku, generacji, pokolenia, co dość dobrze obrazuje ta mikroscena z życia uniwersyteckiego. bo przecież, nie ma co się łudzić, nie chodzi tylko o to, że jakaś pańcia, czy jakiś panicz rości sobie prawo do wyłączności na krytykę, na język. problem jest znacznie poważniejszy, gdy uświadomimy sobie, że chodzi tutaj przede wszystkim o odmówienie prawa do świadomych wyborów (tu: lokowanie się poza kluczem jako wynik kulejących predyspozycji intelektualnych) i utajaną pogardę (jak u saida) wobec tych, którzy decydują się na  inną retorykę, inny sposób mówienia.

więc na pochybel i arrivederci.

*podział na krytykę natywną i profesjonalną jest już totalnie nieaktualny i powinien zostać porzucony, jeśli chcemy grać fair. gdzieś tam proponowałam termin popkrytyka zamiast tych dwóch reliktów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 po krzywej wieży , Blogger