21:37

pogrzebmy krytykę warunkową

wygodnie żyje się w świecie pozbawionym odpowiedzialności. w świecie, w którym ktoś inny przejmuje jej ciężar. w końcu to najprostsza droga, by wieść życie z dala, w świętym spokoju, nie tyle poza czasem, co wyłącznie w swoim czasie — swój naiwny nieukontekstowiony makrożywot. nie chodzi tutaj wyłącznie o  jednorazowy gest oddania, a o transakcję niepozbawioną konsekwencji. transakcję łączącą wnętrze i zewnętrze, a tym samym ustanawiającą relację zależności między nami a zewnętrzem. trzeba przyznać, że owa relacja najczęściej pozostaje poza świadomością, bo wraz z jej dokonaniem, rezygnujemy z możliwości oglądu, perspektywy, spojrzenia innego niż spojrzenie do naszego wewnątrz. zostajemy my i żaden świat więcej. co jednak tragiczniejsze, oddajemy to, co nam najwłaściwsze — naszą sprawczość. to, co przeraża (wielkie, przytłaczające słowo), to wykorzystanie dobrowolności, by oddać swoją wolę, czyli nic innego jak oddać siebie. dajemy się (wy)prowadzić, nieważne dokąd, nieważne po co.

chciałoby się powiedzieć, cóż, piękny nasz świat, w którym to, co etycznie wątpliwe, nie jest naszą winą. zło jest bardzo daleko, za ekranem, a więc na spokojnie uruchommy nasz autogłask: to nie nasza wina, nothing to be done. wobec tego chwilowo korzystajmy ze spektaklu tragiczności i zła, zajmijmy się nim tylko przez moment, by z ulgą móc się odsunąć, by przypomnieć sobie, że nie chcemy czuć. popatrzeć i odejść, po chwili zapomnieć. nie zaprzeczam, że odpowiedzialność można porzucić w pełni świadomie — w świecie nieznośnym nie ma prostszej i bardziej oczywistej roli niż rola zblazowanego cynika.
niektórzy twierdzą, że to przesunięcie odpowiedzialności dokonało się przede wszystkim pod wpływem mediatyzacji. zapominają jednak, że w centrum stale znajduje się człowiek — i to po każdej stronie. przesunięcie nie tylko z czegoś wynika, ale stale czemuś służy. a służy zawsze innym ludziom okupującym zewnętrze. zatem na nic zdają się gadki, że głos nie ma znaczenia. owszem, jego sprawczość jest ogarniczona, ale musi wybrzmieć, by zrealizował się tkwiący w nim potencjał, utajona kyniczność

zdawałoby się, że uwagi dotyczące imperatywu odpowiedzialności znajdują się dość daleko od tego, czym zajmuję się zazwyczaj i po co wykonuje się klik w tę, chwilami martwą, e-przestrzeń. nic bardziej mylnego, chociaż bywam specjalistką od historii bez puent, w puentę tego tego tekstu bardzo wierzę. rezygnacja z odpowiedzialności i sprawczości prowadzi do tego, że to zewnętrze przejmuje naszą decyzyjność, prowadzi nas na smyczy, trzyma w ryzach, kieruje upodobaniami lub kreuje je za nas, nierzadko pokazuje nam, co ma wartość poprzez nonszalancki gest wrzucenia czegoś w naszą ograniczoną perspektywę wnętrza.
i to jest problem krytyki literackiej w ogóle. krytyczki i krytycy pokazują nam, na co zwrócić uwagę, co ma wartość, co powinno nas zatrzymać w męczącym pędzie tu i teraz. to takie łatwe, dać się pokierować przez innych. ale proszę rozważyć, jeśli to tylko sztuczka, chwyt, a wszystko, co zjawia się na czytelniczym horyzoncie, to wynik podobnych transakcji, jak transakcja oddania sprawczości w zamian za wygodę. co, jeśli krytyka literacka również ma swoje zewnętrze, a są nim układy warunkowane sytuacją na rynku albo wymienionymi uśmiechami. jeśli ci państwo za nic mają etykę (kolejne wielkie słowo), a raczenie ludzi gównem nie stanowi dla nich problemu, mimo że — jak już kiedyś podkreślałam — życie jest skończone i trwonienie czasu na to, co literacko wątpliwe, w dodatku w wyniku czyjejś zależności, jest obrzydliwe, co wówczas. zewnętrze jest wygodnickie, a przez to bywa uparte. dlatego też droga imperatywu odpowiedzialności wiedzie od wnętrza do zewnętrza. fakt, że każde zewnętrze jest wnętrzem (XD) nie powinien być zniechęcający, bowiem pokazuje, że potencjalna sprawczość tkwi w każdy z nas, czasem po prostu pozostaje niezrealizowana bądź skutecznie zablokowana przez inne uwarunkowania. w każdym razie, by powrócić bezpośrednio do kwestii krytyki literackiej, w tym przypadku chcę pokazać, iż istnieje pewne wyjście, to jest odebranie sprawczości poprzez ponowne wzięcie na klatę odpowiedzialności przez nas — czytelniczki i czytelników. jeżeli jedyne, na co zazwyczaj możemy liczyć, to pozytywna recenzja książki opublikowana na dwa tygodnie przed udostępnieniem prebooków przez wydawczynię/wydawcę albo pean na cześć książki przyjaciółki/przyjaciela kogoś, bądź śmiała pochwała, która kosztowała parę egzemplarzy lub dyszek, to rzeczywiście zostaje nam wyłącznie droga, którą można dissować jako naiwną. zostaje nam dostrzeżenie zależności: naszej, wynikającej z przesunięcia odpowiedzialności, i zewnętrza, które tę odpowiedzialność porzuciło na rzecz korzyści wynikających z zależności wobec kolejnego zewnętrza; z kolei dostrzeżenie powinno prowadzić nas prosto do wyartykułowania. 

oto właśnie podstawa imperatywu odpowiedzialności, pierwszy krok — dostrzeżenie i wyartykułowanie. nieco później przychodzi efekt. w języku nie ma nic bardziej owocnego niż kwestionowanie. bądźmy podejrzliwe/i, krytyczne/i. nawet osoby uchodzące za najbardziej fair najczęściej nie grają fair, a jedynie robią sobie dobrze wierząc, że stoją u steru gustu.
chyba utknęłyśmy/liśmy w środku, ale jeśli nie możemy przebić się do zewnętrza, by tam zrealizować najpiękniejszy potencjał, jak posiadamy, to wymierzmy ostrze krytyki, odbierzmy uwagę i wykorzystajmy tkwiącą w nas siłę, by nie dać się sterować, by nie dać narzucić sobie reguł gry. słowem, weźmy odpowiedzialność na nowo, dajmy zajść słońcu na horyzoncie krytyki warunkowej. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 po krzywej wieży , Blogger