19:53

pokaż swój przywilej

zazwyczaj po publikacji raportów dot. czytelnictwa dużo i głośno jęczymy, a nasze łzy spadają na prousta, celana, joyce'a. ustawiamy wielkich panów do zdjęcia, w podpisie załączamy szereg pytań, które układają się w pieśń retoryczną o pozycyjnej wyższości, intelektualnej podniecie i nacieraniu duszy kurzem ze spleśniałych woluminów. ileż to osób nie ma w domu ani jednej książki, a ile tylko podręcznik sprzed kilkudziesięciu lat, czy to koniec świata, kiedy ominął nas pogrzeb kultury? 

twierdzisz, że czytasz, bo lubisz, musisz albo masz na to ochotę. najprawdopodobniej jednak czytasz, bo umożliwia ci to kapitał, trwałe dyspozycje. używasz swoich książek brzydko, budujesz z nich swoje proscenium, na które za każdym razem wspinasz się nieco pewniej, trochę szybciej łapiesz równowagę, by na końcu stwierdzić, że oto jesteś, ty, twoja wiedza, twoja władza, twoja przewaga. ależ tu pięknie, ależ tu bezpiecznie, myślisz. rzadko patrzysz w dół, jednak jeśli już to robisz, to na okamgnienie, by z tym większą ulgą rozejrzeć się dokoła siebie. twoja aura jest genialna, tworzysz ją prosto, biegasz z książką jak z karabinem – z pełną gotowością, z pełną świadomością – jeśli możesz się o coś potknąć, to tylko o hegla, niby czytasz wszędzie, a tak naprawdę nigdy, tylko wodzisz wzrokiem po kartkach, przewracasz strony pęsetą, by oddać szacunek literaturze.

dzisiaj na przykład zastanawiasz się, ah, kiedyż to i dlaczego kultura przez duże ka umarła, no tak, przecież kino to już był zmierzch, a internet wydarzył się w ciemności. a może to morderstwo, myślisz, z premedytacją w dodatku; i wyciągasz miłosza spod pachy. co jeśli – przypuszczalnie – jest jak jest z twojej winy, z twojego muru, z twojego języka, z twojego zróbmy z literatury służebnicę naszą, fundament, zbroję. w tej bańce jesteś królową, jesteś królem, już się nie rozwijasz, już nie zdobywasz wiedzy, ponieważ wszystko już dawno przeszło w aspekt dokonany, wszystko prócz twojej przewagi, bo tylko ona potrzebuje ciągłego balansowania, żeby nie zostać strąconą z szali. używasz literatury i nie chcesz się do tego przyznać, przecież gardzisz pragmatyką, literatura jest petardą, jest meta. tymczasem jesteś tym, kim jesteś, bo pokazujesz, co, jak często i jak dużo czytasz, składasz się z wyborów lekturowych, które nadają ci wartość niepodważalną. opatulasz się nimi, by nie dotknął cię świat, by nie dotknął cię palec człowieka, ale o tym wszystkim nie myślisz, nigdy nie przychodzi ci to do głowy, zbytnio pochłania cię projektowanie własnej wartości.

idziesz dalej, bo świat idzie też tam, gdzie go nie ma; masz swoją przestrzeń, która miała być rodzajem otwarcia, przestrzenią sprawiedliwą. zaczynasz mówić językiem jaki ci się podoba, wydaje ci się, że grasz fair, że niewinnie dzielisz się swoją pasją, co oczywiście nie jest prawdą, ale to nie przechodzi ci przez myśl. praktykujesz to, co wszyscy, miesiąc, dwa miesiące, kwartał przed premierą piszesz o książce, o której zwykły czytelnik/a jeszcze nie słyszał, czasami piszesz interesująco, innym razem kleisz kolaże notatek o książkach z popularnych tygodników, epism, dwutygodników, zdań twoich koleżanek, kolegów. czasami wrzucasz coś na tablicę, swoją stronę, nierzadko sklejka ląduje na głównej stronie gazety ukazującej się od drugiej wojny – w tym też sensie opanowałeś/aś sztukę recyklingu, przy okazji wbijając nóż w prawa autorskie, ale nic to. chcesz powiedzieć, że to, co robisz, nie służy wzmacnianiu podziałów, już na pewno nie klasowych, się pracowało, to się ma. a jednak, jak chcę podkreślić, za tą przedpremierową działalnością chowa się komunikat dotyczący pozycji i twoja władza – śmiało i bez poczucia siary pokazujesz swój przywilej. wydawało ci się, że tutaj nie da się zbudować muru, że tutaj nie da się stanąć wyżej i pokazać kto od kogo jest zależny, że możesz królować tylko w jednej bańce, a jednak – co za miła niespodzianka. kierujesz gustami za parę egzemplarzy, nazwisko w spisie treści, nigdy nie zastanawiasz się nad tym, czy czasem to nie ty jesteś majtkiem, że ten coraz bezczelniejszy rynek wydawniczy wysługuje się tobą, twoim czasem, twoją naiwnością.
na serio zdaje ci się, że jedyne, co przekazujesz, to zdanie na temat książki, wobec tego wydaje ci się zasadnym tylko kilkukrotne podkreślenie, iż to recenzja przedpremierowa/ tekst czytany przedpremierowo, podkreślasz zażyłość stosunków z tymi wyżej i wysyłasz jasny komunikat – jesteś ważna/y, znaczysz. co więcej, bez poczucia obciachu (i podręcznikowo) wykorzystujesz swoje kapitały do dominacji, a co za tym idzie – do przemocy.

zachowujesz się dumnie, buńczucznie i w życiu nie podejrzewałabyś/łbyś, że sam uniemożliwiasz realizację snu o świecie czytających. wykurzasz i irytujesz, choć nie rozumiesz dlaczego. ktoś kiedyś powiedział ci, że ma w dupie twoje recenzje książek, których i tak nie można nabyć tradycyjną drogą, ma też gdzieś twoje ego i to, co próbujesz ugrać niewinnie dzieląc się swoim refleksjami, że jesteś blokującą/cym zmianę, ale cóż cię to obchodzi, przecież zmiana bezlitośnie strąca z piedestału, a ty do niego przyrosłaś/eś i dobrze ci, dobrze. tylko ty i równi tobie. w tej bańce nie rozciąga się żaden widok, a wyłącznie lustrzane odbicia smutnych klasisów, których nie ma bez wartościującego stosunku do tego, co poza, co w świecie.

czy kiedyś się ockniesz, pytam.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 po krzywej wieży , Blogger