16:47

literatura, promocja i krytyka – o tym, jak dajemy nabić się w butelkę

przyznam, że wydawnictwa rzadko są w stanie nabić mnie w butelkę. zazwyczaj wiem po jaką książkę sięgam, czego się po niej spodziewać. być może wynika to z patologicznego stopnia zaangażowania w risercz. jakkolwiek by nie było – jeśli już decyduję się biczować literaturą, to z własnej woli bądź woli mariana es. czytelniczkom i czytelnikom, którzy wciąż nie wypracowali swojego filtra – a przypominam, że życie jest temporalne, możliwe, że jednorazowe, a książek ocean, w którym łatwo utonąć – polecam naukę zaklęć obronnych na strategie promocyjne
wszystkie magic starsy krytyki literackiej potwierdzą, że nie liczy się tylko treść. skończyło się myślenie o literaturze, w którym nie uwzględnia się niczego prócz paplaniny zawartej pomiędzy okładką książki. nie oznacza to, że każda książka ma być liberacką petardą. coraz więcej wydawnictw zdaje sobie sprawę z tego, co przyciągnie odbiorców i co sprawi, że dany produkt będzie nośny – zwłaszcza w sieci. i właśnie dlatego dałam się nabrać.

najważniejsze i najbardziej podstawowe pytanie, to pytanie o to, kto tak naprawdę rządzi naszym gustem. by szybko udzielić odpowiedzi, to królowe i królowie krytyki, którzy przebili się do mediów społecznościowych. specjalizują się w notatkach (na wyrost określanych przez nich recenzjami) publikowanych na stronach poczytnych gazet. piszą o książkach, które odmienią nasze życie, są diagnozą naszych czasów, które były wstrząsająco dobre, których autor/ka lawirował/a na granicy jakichś tam poetyk. wówczas szczególnie dobre książki to te, które zostały wydane przez ludzi, którym wielokrotnie uścisnęli dłonie, z którymi wymienili papierosy i kielonki. to właśnie początek łańcuszka nieszczęść, bowiem nieco później przychodzą lajki i udostępnienia, potakiwania (jeszcze przed lekturą), wirtualne i rzeczywiste piąteczki. może jest w tym coś z paranoi, żeby wiedzieć kto, co, gdzie, jak i dlaczego. tego rodzaju wiedza, jak próbuję pokazać, jest jednak mocno niedoceniona. jak powiedział mój kolejny najulubieńszy ktoś widzisz tyle, ile wiesz

co więcej, kto z fejsbukowo-(okazjonalnie)festiwalowych krytyczek/ków w sposób zdecydowany skrytykuje książkę? prawie nikt, ponieważ to mogłoby skończyć się środowiskową banicją. dlatego połowa notatek nie zawiera głosu krytycznego, a ubraną w ładne słówka informację, o czym dana książka jest i kogo stylistykę przypomina. swoją drogą, te literackie skojarzenia sprawiają wrażenie popełnianych pod wpływem syndromu dnia wczorajszego, kiedy nasza praca umysłowa jest tak imponująca, że chcemy sami siebie zawieźć na pogotowie. 

albo taka sytuacja: kiedy nie jednak się pojawia. wówczas mamy do czynienia albo z odwagą, albo sporem w piaskownicy. dlatego warto wiedzieć, co stoi za daną recenzją, czyt. kto z kim ma kosę. w tym przypadku bunt nie daje się wartościować pozytywnie, wypowiedziane nie, to nie uparciucha, który nie potrafi schować swojego ego do kieszeni i zapomnieć na moment o osobistych waśniach. sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy po drugiej stronie mamy do czynienia z ludźmi, którzy  nie potrafią przyjmować krytyki, np. kiedy pewien dumny, zdolny i irytujący pisarz pomieszkujący w warszawie zamiast napisać polemikę decyduje się na personalny przytyk w stosunku do swojego warszawskiego recenzenta #kmwtw. dlatego też jednym z zaklęć obronnych jest znajomość środowiska. najlepiej z podsłuchu, uszczypliwości czynionych w kącie kawiarni. nie osobiście – dla zdrowia i spokoju.

zdecydowanie więcej zawieszania wprowadza estetyka. wydawcy/zynie wiedzą, że dobra okładka, to połowa sukcesu, dlatego coraz więcej uwagi poświęca się stronie graficznej książki. ileż to razy chciałam przeczytać coś ze względu na znakomitą okładkę, a jak często omijałam na przykład książki alice munro, które wl-ka zabija swoimi tkliwymi, babcinymi okładkami. tak czy inaczej, mam radę wyłącznie na odczarowanie graficznego cudu – polecam lekturę pierwszego zdania i strony z połowy książki. bo, bądźcie uważni, na pierwsze zdanie również można się nabrać. jak w przypadku kondotiera pereca, w którym zdanie otwierające jest fantastyczne, a z powodu całej reszty można wyłącznie ocierać łzy. ach, no i tytuł, który działa jak magnes. 

wszystkie te cechy, będące efektem przemyślanej promocji, posiada książka pierra mejlaka o świetnym tytule co pozwala powiedzieć noc. spodziewałam się nostalgicznych, wyważonych opowiadań o codzienności i zamierzonej, ale niewymuszonej prostoty. niestety, to, co dostajemy, to klasyczne opowiadania, w większości przypadków rozkręcające historię dzięki absurdalnej aberracji albo detalu/rzeczy. styl autora jest prosty, jednak w żaden sposób nie porusza, a za to niebezpiecznie zbliża się do magicznej granicy zera stylu

a zatem, wobec ulotności oraz intensywności życia, postuluję ostrożność i uważną obserwację. i żadnych złych książek, żadnych!


2 komentarze:

  1. Anonimowy6/4/19

    Nie ma nic gorszego niż zero stylu, a o stylu no na blerbach nic nie przeczytamy. Wstrząsająca jest dla nich ta treść żołądkowa. W tym bym się pozgadzał z wszystkimi fatalnymi wizjami wyczerpania, bo jedyne co wywołuje te zachwyty Tysi Sobolewskiej, to kolejny tendencyjny temat na sezonową książkę typu deja vu, a nowych języków nie ma. Kulka w łeb, istotnie Baśka.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 po krzywej wieży , Blogger