19:46

„pieśń koguta” viktora fischla


i jest też literatura, która pulsuje. pulsuje nie tylko swoim życiem, ale też wieloma innymi opowieściami. również twoją historią. zdaje się, że pieśń koguta viktora fischla jest właśnie taką książką.


jakiś czas temu przyznałam się sama przed sobą, że istotnie od literatury nie oczekuję niczego nowego (choć nie zaprzeczę – wizje palenia książek klasyków bywają zajmujące), że zadowala mnie ta sama historia opowiedziana na tysiąc różnych sposobów. stąd też miłość do prozy afirmatywnej, która nie potrafi uciec od prostej, melancholijnej poetyki, która jeśli nie rozpamiętuje dzieciństwa, to chociaż jedno tragiczne wydarzenie, w której jednocześnie wyrażany jest zachwyt nad światem, jak i najbardziej rozpaczliwy wyrzut w stosunku do niego. to literatura, która jest życiem, pełna egzystencjalnych napięć, sprzeczności, która w ostateczności wyraża (nie)śmiałą akceptację, a nierzadko nawet zachwyt nad tym, jaki świat jest lub że po prostu  j e s t.

jak pedro, kogut, który każdego ranka chwali nowy dzień. dzięki zderzeniu dwóch skrajnie różnych światopoglądów – pedra i doktora – książkę fischla bez wahania można wpisać w nurt prozy, jak lubię ją oswajać, afirmatywnej. co ciekawsze, owo zderzenie wizji odbywa się w obrębie jednej postaci. bowiem, jak również zaznacza tłumacz krzysztof rejmer, pedro to alter ego doktora. swoją drogą, świetnie odzwierciedla to okładka książki (przesyłam uśmiech autorowi).

myślę, że warto zaznaczyć, że o ile zachwyt nad pięknem każdego dzisiaj jest dość naiwny (pedro), to jednak zgoda głównego bohatera na świat w postaci, w której jest nam dany (lub w postaci wykreowanej przez nas) ma już odmienny charakter. jest czymś, co bohater wypracował, stanowi efekt licznych rozmyślań, uważnej obserwacji świata i cierpliwości. co niespodziewane: proza afirmatywna faktycznie może nas czegoś nauczyć – zamiłowania do detalu w rzeczywistości. nie interesuje mnie piękno, które od wieków wskazuje się palcem, nie obchodzi mnie piękno zakute w kajdany kanonu, które od x lat przydusza wszystkich. intryguje mnie piękno ulotne, które znika równie szybko jak się pojawia, które jest momentem, chwilą, okamgnieniem. pieśń koguta to proza wykorzystująca wszystkie zmysły. fischl wychwytuje dziwaczny rytm, puls świata, piękno ciężko dostrzegalnego porządku:
mam ochotę w takiej chwili pochylić się nad każdym źdźbłem trawy, wziąć do ręki każdy kamień, pogłaskać jego krągłość, ugniecioną przez wieki, skrzesać ogień każdym krzemieniem, dmuchnąć w każdą białą kulę mlecza, śledzić lot każdego z jego nasionek, powąchać różę, która zaczyna rozwierać płatki, włożyć dłoń w chłodną wodę leśnego ruczaju, zaciągnąć się zapachem pól po deszczu (...) tysiące chwil chciałbym przedłużyć, pochować w szufladkach pamięci, jak koraliki nawlec na sznur (...).
czy jednak, jak często bywa w przypadku literatury najnowszej, mamy do czynienia wyłącznie z hauntologiczną zabawką? nie, to całkiem dobra literatura. wbrew pozorom proza afirmatywna często rezygnuje z tonu aforystycznego, jednak nie jest tak w przypadku pieśni koguta. nie zaprzeczę też, że darowałabym sobie kilka rozbudowanych porównań na rzecz większej prostoty, że skreśliłabym parę fragmentów, które wydały mi się kiczowate, ale wtedy prawdopodobnie pozbawiłabym tę pieśń życia. albo nie?

pozostawiam to waszej ocenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 po krzywej wieży , Blogger