23:46

wokół „przyduchy” macieja piotra prusa


ze złymi książkami bywa różnie. zwłaszcza, kiedy mamy do czynienia z nachalną promocją i próbami robienia z książek petard, które uderzają raz, najlepiej dwa tygodnie przed oficjalną premierą, a miesiąc po hucznej celebracji, panelach dyskusyjnych prowadzonych przez zdolnych chłopców, słuch po nich zanika. właściwie, przyglądając się praktykom niektórych wydawnictw, można by się zastanowić, czy wydawców interesuje jeszcze jakieś wartościujące podejście do literatury (i nie mam tu na myśli starych foremek literatury wysokiej i niskiej), czy wyłącznie książki jako produkty. przedłużeniem tej męczącej konsumenckiej praktyki jest to, co później z książek-produktów robią ci, którzy w sprawie literatury, jak twierdzą, mają coś do powiedzenia. a zatem na scenie pojawiają się krytycy. krytyk to słowo dość pojemne, pomieści nawet osoby, które zajmują się wyłącznie streszczaniem fabuły, czy tych, którzy książki umieszczają w skali od jeden do dziesięciu, a nawet, tak się zdarza, wepchnie się tam jakiś bloger. oczywiście, jesteśmy w stanie usłyszeć też w nim echo, pogłos buntu, który utrzymuje się nawet, co zaskakujące, u roczników osiemdziesiątych, które wciąż wierzą w wielkość krytyki akademickiej, gdy tymczasem inni chcieliby już zapalić znicze na jej grobie.


jak jednak ma się do tego książka macieja piotra prusa? prus nie jest chłopcem do bicia. prawie nie interesują mnie interpersonalne zależności pomiędzy autorem a krytykiem. przyducha stanowi pretekst do niezbyt złożonej refleksji na temat krytyki w ogóle. ostatecznie nie jest to też policzek wymierzony w korporację ha!art, jedno z lepszych krakowskich wydawnictw. to, co interesuje mnie w kontekście przyduchy, to „poważni krytycy” i praktykowane przez nich nieznośne owijanie w bawełnę, czy – żeby wyrazić się jaśniej – niebywała hipokryzja.

książka macieja prusa, nie ukrywajmy, nie jest książką dobrą. z drugiej strony, przyznaję, nie zasługuje też na miażdżącą krytykę. przyducha jako rodzaj fantazji o przyszłości, opierającej się na przełożeniu obecnej sytuacji polityczno-społecznej na język i uniwersum oparte na hiperbolizacji i grotesce, sprawdza się. nie jest to żaden wyrafinowany, złożony zabieg, ale ma całkiem duży potencjał demaskcyjny. w tym sensie uważam, że nie jest to książka, którą należy od razu wyrzucić na śmietnik literatury. gdy patrzę na nią, jak na klasyczną powieść antyutopijną, to przerysowania jest w niej zdecydowanie za dużo. z kolei czytając przyduchę jako kryminał, jestem najzwyczajniej w świecie znudzona. ciężko wskazać mi cokolwiek, co u prusa nie jest do wydedukowania. pewnie można bronić autora twierdząc, że to jednak książka w sposób jednoznaczny nawiązująca do teraźniejszości, a zatem sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie, jest jednocześnie sytuacją dobrze nam znaną (gdyby, rzecz jasna, częściowo wymazać grube kontury groteski). ale to, jak sądzę, słabe usprawiedliwienie. a może trzy książki agathy christie przeczytane w gimnazjum czynią z nas sherlocków i nic nigdy już nas nie zaskoczy? kto wie.

wracając do krytyków. po zmierzeniu się z recenzjami ważnych ludzi, a w każdym razie ważniejszych od nowohuckich blogerek, byłam zdumiona. jak wyczerpująco i pięknie można mówić o książce, tylko po to, by w ostateczności nie powiedzieć o niej nic, by z anielską cierpliwością poruszać się po neutralnej linii patronatów, ściskania sobie dłoni i kłaniania się w pas. niektórzy twórcy internetowi nadali przydusze naprawdę wspaniałe i zaskakujące sensy, które być może wprawiłby w osłupienie samego autora. cóż jednak począć, to właśnie wolność czytelnika, który sam może wybrać graną przez siebie rolę – łgarza, krytyka, kuglarza. może również mówić o roli artysty w książce prusa, a nawet sam tworzyć mit, tak samo jak rząd tworzył postać filipa fronta. bo sprawa wygląda tak – przypadkiem lub nie – ci krytycy sami stworzyli sobie fronta. i jeśli faktycznie twierdzą, że mamy w przydusze do czynienia z „nową jakością literacką”, a ona sama jest, parafrazując, najlepszym epitafium dla świata, to nie pozostało mi nic innego, jak złapanie się za głowę i śmianie się, śmianie, śmianie do rozpuku. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 po krzywej wieży , Blogger