22:55

stworzyć kryptę. o po trochu weroniki gogoli


żeby debiut mógł odnieść sukces, musi być – po pierwsze – debiutem sprawiającym uciechę literacką krytykom i czytelnikom, po drugie zaś, powinien wpisać się w literackie trendy. jednak co właściwie znaczy odnieść sukces, gorzej, odnieść sukces w literaturze, co kryje się pod sformułowaniem „literackie uciechy” i o jakich trendach możemy mówić w odniesieniu do literatury? pytania trudne, a i odpowiedzi niejednoznaczne, może błoński objaśniłby nam te kwestie, a może odpowiedzi zna czapliński, a może ktoś z „czasu kultury” albo z „dwutygodnika”, albo ktoś już dawno rozwiązał te zagadkę jak być literacko pożądanym, jakiś szczepan twardoch czy inny dehnel. ostatnio grabowski stwierdził, że wszyscy wielcy pisarze są mizoginami, jest to jakaś wskazówka, jakiś pierwszy krok, ale nie wiem, co z pisarkami, chyba w obrębie plant nie istnieją, w każdym razie może to wszystko, o co pytam, wpisuje się w refleksję powszechnie znaną, a mnie obcą i teraz, pisząc to, nieco się kompromituję. może i. 
na szczęście mamy literacki debiut weroniki gogoli – debiut czytany, dyskutowany, wpisujący się w szersze zjawisko obecne w najnowszej literaturze polskiej. i, jak mi się zdaje, właśnie po trochu okaże się pomocne przy próbie zrozumienia pojęcia sukcesu. 

w ciągu ostatnich kilku lat na polskim rynku książki możemy obserwować nieprzerwaną hautologiczną przygodę, manię powrotu, modę na wydmuszki dawnej nostalgii, która aktualnie przemienia się w kategorię estetyczną. i gdyby faktycznie mówić o widmie, tak jak to zaproponowała olga drenda w duchologii polskiej, to szereg publikacji ostatnich lat operowałby właśnie widmami – atlas: doppelganger dominiki słowik, skoruń macieja płazy, a i anna cieplak z latami powyżej zera, czy salcia hałas i jej pieczeń dla amfy. gogola również. nie wiem, czy jest to zjawisko, które należałoby wartościować negatywnie. fakt faktem, że sepia i dodawanie szumów do obrazów, tu literackich, powoli zaczyna nużyć, ale może tylko mnie, a reszta czytelników pożąda osiemdziesiątek i dziewięćdziesiątek. nie da się zaprzeczyć, że autorka tematycznie wciąż znajduje się na fali. tutaj pewnie należałoby zadać pytanie, z czego to wynika, postraszyć freudem, ale gdzie tam w recenzji ogólna refleksja nad kulturą współczesną, co za dużo, to nie zdrowo, bo jeszcze zrobiłaby się ze mnie bator czy aforystka, więc chwilowo porzucę traumy i nieprzepracowania, rzeź metafizyki (jak to ładnie napisał andrzej marzec) i skupię się na tym, co mamy w po trochu. 

mimo że widmo zniekształca rzeczywistość, to nie zmienia jej nie do poznania. dlatego nietrudno o utożsamienie, tak ważne w kontekście literatury nostalgicznej czy sentymentalnej. nie stoi mu na przeszkodzie fakt, iż po trochu gogoli, to książka o charakterze autobiograficznym. dzięki temu, że co rusz natrafiamy na coś pokrewnego naszemu doświadczeniu, możemy mówić o wspólnym doświadczeniu, które sprzyja właśnie utożsamieniu. już sam obraz przed- i potrasformacyjnej wsi sprawia, że czujemy, że gogola konstruuje świat, który nas dotyczy. pamięć kulturowa jest wykorzystywana przez autorkę jako atrakcyjny trik - bo kto przejdzie obojętnie obok świata swojej młodości, nie zatrzyma się nawet na chwilę, choćby wyłącznie po to, by stwierdzić, jak potworkowaty był. co więcej, to, czym przyciąga weronika gogola, to nie tylko miejsca, ale także rzeczy, tak jak wicha i jego chwalona bez przerwy i do przesady książka rzeczy, których nie wyrzuciłem. właśnie w ten sposób autorka uchwyciła pracę pamięci, zamieniła w literaturę momenty, w których historia pisze się sama po zetknięciu z przedmiotem. historia, która często się rwie, pociąga jedno widmo za drugim, wypacza z upływem czasu, ale nigdy do końca, bowiem zawsze w jakimś stopniu udaje się ocalić. i chyba o ocalenie w po trochu chodzi, i to w perspektywie rzeczywistej, na tyle, na ile pozwalają nam nasze ograniczone ludzkie predyspozycje. gogola nie tworzy napuszonych, epickich narracji, w których wujek janek był, żył, umarł, a tak w ogóle, to załączam jego metrykę, a jakbyście chcieli, to na ulicy X wciąż stoi jego dom. tutaj wujek janek był albo i nie był, była ciotka, albo i jej nie było, coś tam się paliło, coś tam upadało, a może nic się nie paliło i nic nie upadało. brzmi to jakbym sprawę trywializowała, a przeciwnie, ogromnie doceniam niejednoznaczność, zatarcie granic, tę retrospektywną mgiełkę, niewidoczny horyzont, niepewność obrazu – bo też i takie są wspomnienia, nawet nie wiemy czy są nasze, przeżyte, czy usłyszane i wyobrażone. 

po trochu, co warto podkreślić, to książka przemyślana, której forma koresponduje z treścią. to zdanie zabrzmiało jak objaw choroby wieku akademickiego, ale faktycznie konstrukcyjnie nie mam jej prawie nic do zarzucenia – książka rozpoczyna się pieśnią żałobną („żegnam cię, mój świecie wesoły,/ już idę w śmiertelne popioły:/ rwie się życia przędza, śmierć mnie w grób zapędza,/ bije pierwsza godzina.”), podzielona jest na dwanaście rozdziałów, a dokładniej dwanaście godzin, z której każda, jak to zapowiadała pieśń, jest formą pożegnania. w tym sensie dzielimy z autorką również doświadczenie straty. to zagrywka sprytna i nieprzypadkowa, niektórzy mogą twierdzić, że niezbyt taktowna, ale, jak sądzę, uzasadniona. i choć przy piątej godzinie już chyba każdy z nas wydedukował sobie, że następne będą oznaczały kolejne śmierci, kolejne pożegnania, to jednak do samego końca będziemy ocierać łezki wzruszenia. oczywiście takie łezki, które da się przeżyć, bo przecież w każdym rozdziale coś nas rozbawi swoją dziwacznością i przerysowaniem. być może coś z tym taktem jest na rzeczy, w końcu po trochu zostało zaprogramowane na określone emocje, śmiech i wzruszenie w konkretnym momencie. stąd też moje „prawie” – w książce gogoli brakuje momentów niejasności. ale kto wie, może to tylko kaprys krytyka – w dodatku krytyka sytuacyjnego i krytyka w cudzysłowie. 

z tym porzuceniem dyskursu psychoanalitycznego, to przesadziłam. żeby jednak nie utonąć w tym intelektualnym zalewie, zmniejszę perspektywę z kultury współczesnej w ogóle do samego po trochu. uważam, że wpisanie mechanizmu traumy, żałoby w debiut gogoli jest, mimo wszystko, znakomitym narzędziem do jego odczytania. bo przecież mamy kilka śmierci, z którymi jakoś trzeba sobie poradzić. i do pewnego momentu, to się udaje, autorka znajduje kolejne słowa, podejmuje się przepracowania kolejnych śmierci, okiełznuje je. jednak ostatnia śmierć, [mocny spoiler] śmierć ojca, jest traumą nie do przejścia, żałobą nie do przepracowania [/mocny spoiler]. to bardzo dobrze widać w samej strukturze językowej – zdania są krótkie, porwane, następuje zintensyfikowanie wyliczeń, jakby narratorka chciała go jak najszybciej ocalić, nie dać umknąć, innymi słowy: stworzyć kryptę. być może dlatego dwunasta godzina jest milczeniem. pozostaje bez słów, bo nie ma już takich, które umożliwiłby podmiotowi wyrażenie tego, co czuje. albo dwunasta godzina pozostaje niewyrażona, ponieważ zakończenie procesu żałoby oznaczałoby odrzucenie dziedzictwa*, a to ono stanowi podstawę doświadczenia narratorki – zatem nie pozostawałoby nic innego, jak zaprzestanie opowiadania. a może śmierć ojca doprowadza do oficjalnego końca dzieciństwa i niewinnej perspektywy dziecięcej. przecież wcześniej język był doroślejszy, dojrzalszy niż perspektywa obrana przez gogolę, a teraz, kiedy i owa perspektywa z dziecięcej przechodzi w dorosłą, narratorka (jaką znaliśmy z jedenastu godzin) przestaje istnieć. ale to tylko gdybanie, może i jest tu trauma, a może i jej nie ma, kto wygra tę bitwę o interpretacje – nigdy nie wiadomo. sama autorka zachowuje milczenie. 

po trochu właściwie nie mogło nie odnieść sukcesu. wiem, że literatura to nie wielka gala rozdania złotych jabłek, lwów, szopenów, ni nagród mtv i kategoria blasku oraz sukcesu nie wszystkim się podoba, ale nie oszukujmy się, ta nasza święta literatura została w dużym stopniu utowarowiona. już sam fakt, że wydawnictwo książkowe klimaty decyduje się na wydanie debiutu, który wpisuje się w rozwijający się kult retro/widmonarracji, o tym świadczy. kto chce, może wierzyć, że decyzja była motywowana wyłącznie wartością literacką. ja jednak widzę tutaj przemyślaną strategię, a także wnikliwą obserwację rynku. ale nic to – tak tworzy się sukces. czy uważam, że to źle? nie. zwłaszcza, że debiutancka książka weroniki gogoli jest książką dobrą, a że trafia w określone mechanizmy rynkowe (nostalgia, lata dziewięćdziesiąte i dziewczyńskość), to już druga sprawa. czy po trochu przetrwa próbę czasu? pewnie nie. taka to właśnie literacka uciecha. ale poczekajmy na drugą powieść, zobaczmy, co przyniesie przyszłość. 

*O powiązaniu czasowników „być” z „dziedziczyć” u J. Derridy pisał A. Marzec w Widmontologii.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 po krzywej wieży , Blogger