16:47

literatura, promocja i krytyka – o tym, jak dajemy nabić się w butelkę

przyznam, że wydawnictwa rzadko są w stanie nabić mnie w butelkę. zazwyczaj wiem po jaką książkę sięgam, czego się po niej spodziewać. być może wynika to z patologicznego stopnia zaangażowania w risercz. jakkolwiek by nie było – jeśli już decyduję się biczować literaturą, to z własnej woli bądź woli mariana es. czytelniczkom i czytelnikom, którzy wciąż nie wypracowali swojego filtra – a przypominam, że życie jest temporalne, możliwe, że jednorazowe, a książek ocean, w którym łatwo utonąć – polecam naukę zaklęć obronnych na strategie promocyjne
wszystkie magic starsy krytyki literackiej potwierdzą, że nie liczy się tylko treść. skończyło się myślenie o literaturze, w którym nie uwzględnia się niczego prócz paplaniny zawartej pomiędzy okładką książki. nie oznacza to, że każda książka ma być liberacką petardą. coraz więcej wydawnictw zdaje sobie sprawę z tego, co przyciągnie odbiorców i co sprawi, że dany produkt będzie nośny – zwłaszcza w sieci. i właśnie dlatego dałam się nabrać.

19:46

„pieśń koguta” viktora fischla

„pieśń koguta” viktora fischla

i jest też literatura, która pulsuje. pulsuje nie tylko swoim życiem, ale też wieloma innymi opowieściami. również twoją historią. zdaje się, że pieśń koguta viktora fischla jest właśnie taką książką.

19:00

to dopiero początek. „cierpienia młodej hany” katji gorečan

to dopiero początek. „cierpienia młodej hany” katji gorečan

mylicie się, jeśli myślicie, ileż to ostatnio literackich głosów młodego feminizmu, ile mocnych dziewczyńskich, kobiecych ja. mylicie się też, jeśli  j u ż  stwierdzacie, że bolą was głowy i duszyczki od całej tej pisanino-paplaniny. jesteście w błędzie, jeśli mówicie, zmęczył mnie ten temat, i jeżeli w efekcie podnosicie larum, halo, czy jest na sali prawdziwy poeta. raczej nie macie racji, jeśli twierdzicie, że to moda, za którą nic nie stoi, bo przeciwnie – mamy do czynienia realną potrzebą wywołaną konkretną sytuacją społeczno-polityczną. mylicie się, jeśli krzyczycie, ile można. mylicie się, bo to dopiero początek.

23:46

wokół „przyduchy” macieja piotra prusa

wokół „przyduchy” macieja piotra prusa

ze złymi książkami bywa różnie. zwłaszcza, kiedy mamy do czynienia z nachalną promocją i próbami robienia z książek petard, które uderzają raz, najlepiej dwa tygodnie przed oficjalną premierą, a miesiąc po hucznej celebracji, panelach dyskusyjnych prowadzonych przez zdolnych chłopców, słuch po nich zanika. właściwie, przyglądając się praktykom niektórych wydawnictw, można by się zastanowić, czy wydawców interesuje jeszcze jakieś wartościujące podejście do literatury (i nie mam tu na myśli starych foremek literatury wysokiej i niskiej), czy wyłącznie książki jako produkty. przedłużeniem tej męczącej konsumenckiej praktyki jest to, co później z książek-produktów robią ci, którzy w sprawie literatury, jak twierdzą, mają coś do powiedzenia. a zatem na scenie pojawiają się krytycy. krytyk to słowo dość pojemne, pomieści nawet osoby, które zajmują się wyłącznie streszczaniem fabuły, czy tych, którzy książki umieszczają w skali od jeden do dziesięciu, a nawet, tak się zdarza, wepchnie się tam jakiś bloger. oczywiście, jesteśmy w stanie usłyszeć też w nim echo, pogłos buntu, który utrzymuje się nawet, co zaskakujące, u roczników osiemdziesiątych, które wciąż wierzą w wielkość krytyki akademickiej, gdy tymczasem inni chcieliby już zapalić znicze na jej grobie.

15:00

w pułapce. o „koali” lukasa bärfussa

w eseju hotel derrida (fantazja) jacek gutorow pisał: „zdaję sobie sprawę z faktu, że gdzieś czeka na mnie obce. mój rewers. a w każdym razie coś, co może wywrócić mnie na nice, podszewką do góry”. ta – w duchu, sorróweczka za to, dekonstrukcyjna myśl – pokazuje, że to dekonstrukcja, ten przedmiot beki pierwszego roku studiów, może być nie tylko narzędziem w rękach czytelnika, pewną strategią odczytywania tekstu, ale także świadomym działaniem autora, pułapką zastawioną na odbiorcę. a kiedy w nią wpadnie, nie będzie odwrotu. zderzenie z innością, w jakiejkolwiek postaci, zawsze pozostawia ślad. czasami śladem będzie transformacja podmiotu, kiedy indziej zaś jego konserwatywne tupanie nogą, charakterystyczny mechanizm obronny, pasywność w zderzeniu z czymś nowym.

świat przedstawiony w powieści lukasa bärfussa nie jest żadnym novum. problemy, które porusza autor w koali – samobójstwo czy niechlubna historia kolonializmu europejskiego – nie są nam obce. i chociaż już zawładnęliśmy tym uniwersum, opanowaliśmy je także epistemologicznie, innymi słowy: zdążyliśmy poczuć się jak u siebie, pewni gruntu, po którym stąpamy, to narracja, a co za tym idzie, również perspektywa, jest zupełnie niestandardowa. to właśnie pułapka, a w niej my – zdezorientowani, zgubieni, zderzeni z innością. 

22:55

stworzyć kryptę. o po trochu weroniki gogoli


żeby debiut mógł odnieść sukces, musi być – po pierwsze – debiutem sprawiającym uciechę literacką krytykom i czytelnikom, po drugie zaś, powinien wpisać się w literackie trendy. jednak co właściwie znaczy odnieść sukces, gorzej, odnieść sukces w literaturze, co kryje się pod sformułowaniem „literackie uciechy” i o jakich trendach możemy mówić w odniesieniu do literatury? pytania trudne, a i odpowiedzi niejednoznaczne, może błoński objaśniłby nam te kwestie, a może odpowiedzi zna czapliński, a może ktoś z „czasu kultury” albo z „dwutygodnika”, albo ktoś już dawno rozwiązał te zagadkę jak być literacko pożądanym, jakiś szczepan twardoch czy inny dehnel. ostatnio grabowski stwierdził, że wszyscy wielcy pisarze są mizoginami, jest to jakaś wskazówka, jakiś pierwszy krok, ale nie wiem, co z pisarkami, chyba w obrębie plant nie istnieją, w każdym razie może to wszystko, o co pytam, wpisuje się w refleksję powszechnie znaną, a mnie obcą i teraz, pisząc to, nieco się kompromituję. może i. 
na szczęście mamy literacki debiut weroniki gogoli – debiut czytany, dyskutowany, wpisujący się w szersze zjawisko obecne w najnowszej literaturze polskiej. i, jak mi się zdaje, właśnie po trochu okaże się pomocne przy próbie zrozumienia pojęcia sukcesu. 

16:55

o jakim piśmie nie marzę

o jakim piśmie nie marzę
no, drodzy państwo, misie, w końcu coś zaczyna się dziać. początkowo śmierć prasówki była tylko jedną z przerażających, inteligenckich wizji wieszczonych przez mądre akademickie głowy, później zaś faktem głoszonym regularnie i z większą śmiałością za każdym razem, kiedy mądre głowy przypominały sobie o tym, czego dokonały i jak okropną lipą jest tu i teraz
obecnie można chyba powiedzieć, drogie mądre głowy, śmierć tę ogłoszono prawdopodobnie zbyt pochopnie, bo oto nadchodzi nowe.

16:39

krivoklat, pytam, po co?

krivoklat, pytam, po co?



na język polski przetłumaczono trzydzieści pięć książek bernharda, od wczesnych lat dziewięćdziesiątych wystawiane są w polsce jego dramaty. proza austriackiego-wyklętego jest ciągle powracającym tematem w debacie akademickiej. w samym krakowie w dwa tysiące siedemnastym roku odbyły się dotychczas cztery spotkania wokół twórczości bernharda, a rok wcześniej ukazało się polskie wydanie komiksowej wersji dawnych mistrzów, czyli jednej z najpopularniejszych powieści tegoż, autorstwa nicolasa mehlera. i w tym całym ambarasie znalazł swoje miejsce jacek dehnel, przez jednych nazywany naczelnym dandysem wieku naszego, a od czasu publikacji „ein österreichisches kunstidyll” polskim bernhardem, co czytelnik winien skwitować śmiechem szydercy, dokładnie takim, jaki niesie się na kartach bernhardowskich. bowiem czego możemy spodziewać się po dehnelu, który bierze na warsztat największego burzyciela, szydzącego i ironizującego, wylewającego kubeł pomyj na austrię, myślimy, nienajgorszy to pisarz, przepracuje to, zdekonstruuje, a i uderzy, bo uderzenia w bernahardzie chodzi, ale gdzieś tam zachowa się on – jacek dehnel, znajdziemy go, kiedy jedną frazą wbije się w nie swoją fazę, kiedy doda coś od siebie do nie swojej historii, gdy zobaczymy w nie jego bohaterze choćby obcy błysk, mrugnięcie. ale nie.
Copyright © 2016 po krzywej wieży , Blogger