12:24

najgorszy rok czytelniczy

rok dwa tysiące dziewiętnasty upłynął ci pod znakiem prokrastynacji, zapominania i ocykania. dużo chciałaś mówić, wiele chciałaś robić, czasami mogłaś wszystko, niekiedy prawie nic, próbowałaś czegoś tam, coś wyszło, a innym razem nic, kogoś przygarnęłaś albo ktoś przygarnął ciebie, byłaś tu i tam, w po-ciągach, w starych pekaesach, wyciągach, tramwajach, taksówkach, autobusach, i nagle ta myśl: czy ty coś w ogóle czytałaś.

1 w styczniu przez osiem dni miałaś mnóstwo energii, chyba że było to dwa lata temu, to nie miałaś jej wcale. tak czy siak zima dla ciebie, to wypierdalanie się na zamarzniętych plantach, stopione podeszwy od ogrzewania w starych tramwajach i duszenie się powietrzem. czytałaś wtedy parę artykułów o smogu, miasto utrapienia pilcha, które miało jeden znakomity fragment ("bóg był księżycowym orzechem, złocistą pestką w nieskoczenie granatowym miąższu"), poza tym pełne patriarchalnych klisz, dusznej atmosfery lat dziewięćdziesiątych. przypomniał ci się shuty. w styczniu miałaś też gruby rereading, wróciłaś do człowieka, który śpi, śmierci pięknych saren, takiego kraju (ostatnia nie przeszła próby, chociaż niektóre partie można by wyciąć i przykleić na ścianie). przy matka odchodzi rozdrapywałaś, co mogłaś, nie wiesz dlaczego czytałaś antropologię bernarda
2 w lutym ledwie przebrnęłaś przez tekturowe do bólu tamte dni, tamte noce (lubisz film), nie podobała ci się zima knausgarda, czytając wiosnę wiedziałaś już, jakie będą kolejne dwa tomy, ale i tak serie uważasz za udaną. z wszystkich tomików przeczytanych w tym roku pamiętasz jeden:  wybitnie przeciętne minimum zajączkowskiej. czytałaś tonę artykułów naukowych, teraz nie możesz odtworzyć nawet ich tematów
3 w marcu się nie pierdoliłaś: nie lubisz kafki, a czytałaś kafkę. i nocną pracę topola, którą fajnie byłoby sfilmować, a mniej fajnie było ją przeczytać. odtworzyłaś spory wokół środkowoeuropejskości, w którą uwierzysz dopiero będąc zapewne kompletnie gdzie indziej
4 w kwietniu przepadasz, głównie leżysz nad wisłą, wciąż myślisz, że coś zrobisz, przeczytasz antologię czeskiego eseju, zorientujesz się, że hrabal też miał pierdolca na punkcie światła i że kaczorowski biografię hrabala raczej posklejał niż napisał
5 w maju chcesz się przede wszystkim opalić, resztę masz w dupie, jeszcze starasz się nie wracać nocnymi, czytasz o tym, o czym czytałaś już milion razy, o mężczyznach, którzy objaśniają ci świat (jednocześnie to dobrze, że esej przebija się do mainstreamu), a zaraz potem uprawiasz lekturę wychwalanego mizogina (partyjki bernharda dzisiaj już nie pamięasz) i o mizoginie (jeszcze raz austriackie rozliczenia)
6 w czerwcu dziura. pamiętasz tylko cassirera (pisze o micie, zastanawiasz się, jak czuł się ziom, który napisał formy symboliczne, a chwilę później doświadczył rodzących się faszyzmów) i jakieś gówno o komparatystyce. wracasz do widm marksa, rozumiesz zdanie więcej. czytasz szybko jak zawsze i prawie nic jak nigdy. asfalt się topi, nie zaskoczyła cię żadna ulewa. wracasz nocnymi.
7 20 lipca czytasz najgorszą książkę - latawiec z betonu, piszesz o niej na blogu. upał. lisiecka wydaje trzy dramoletki bernharda, zaznaczasz zachłannie, wtedy też kończy ci się ołówek, nie kupisz go przez kolejne pięć miesięcy
8 w sierpniu doceniasz strefę ciszy, jadąc w jedną stronę przeczytasz history of violence. ale czytasz też w zatłoczonych skm-ach, co więcej: wydaje ci się, że wracasz do formy. jesteś u siebie. znajdujesz płytki holenderskie w randomowej knajpie, nareszcie kończysz lato knausgarda
w połowie miesiąca pogotowie książkowe w postaci psiapsi dostarcza ci czytelniczej satysfakcji: pochłaniasz sońkę i krótką wymianę ognia, who killed my father (do wszystkich wrócisz), rozdeptałem czarnego kota przez przypadek. sorge uznasz za stratę czasu. przy jak pokochać centra handlowe pomyślisz: oto właśnie życie. w sierpniu zdążysz jeszcze podkreślić kilka zdań w sposobach widzenia
9 na początku września przypominasz sobie, że wciąż studiujesz, naprędce czytasz performatywność i estetykę performatywności, masz bekę. doceniasz małe centrum świata czyżewskiego, po czarownicach. niezwyciężonej sile kobiet spodziewasz się czego innego, jesteś zawiedziona, z pauzy czytasz przyjaciela, i nic. zaczyna się sezon na najpiękniejsze smogowe zachody. odpuszczasz powroty nocnymi
10 znowu jeździsz tu i tam, czytasz na głos zdrój klickiej, bo ładnie brzmi. przestrzenie pereca uznajesz za spoko. dalej czytasz niezbędne minimum
11 i 12 kontynuujesz niezbędne minimum. dodatkowo odnosisz wrażenie, że nic nie przeczytałaś. może kartowałaś bez pasji. kiedy tylko możesz, odpuszczasz dzienne i nocne. gdyby ktoś rok temu powiedział ci, że przeczytasz niejakiego piórko, nie uwierzyłabyś. pod koniec roku trochę poznęcasz się nad uległością. wciąż podczytujesz blumenberga i kepela. bałaś się zimy, a zima nie nadeszła

gdybyś miała stworzyć ranking produktów książkowych, nie miałabyś z czego, bo wszystko już dawno znajduje się poza twoim doświadczeniem, każda lektura odeszła w niepamięć, nawet at the pond, autumn, zjadanie zwierząt. zazdrościsz wszystkim, którym literatura wciąż dostarcza emocji, którzy potrafią książki uporządkować na szali wartości, których beletrystyka jara, a co dopiero poezja, którą w tym momencie masz najbardziej w dupie. towarzyszy ci przekonanie, że ludzie źle składają zdania, ale tu i teraz ty nie złożysz ich lepiej, więc wciąż czekasz na tę jedną książkę, która powywraca ci wnętrzności. 

tak domykasz swój najogroszy rok czytelniczy. 

18:33

klasa, krytyka i spór o emocje

jednym z niebezpieczeństw wynikających z romansu zaangażowania i środowiskowości jest ryzyko odcięcia się od rzeczywistości, utrata oglądu, naiwne si, jesteśmy tutaj same/i. tymczasem świat to konglomerat sprzeczności, zderzających się punktów widzenia, prób porządkowania rzeczywistości i prawd, których nawet byśmy nie pomyślały/eli – albo będziemy mieć to na uwadze, albo poczujemy się jakbyśmy dostały/li obuchem w głowę, bo ocknąć się nie jest uczuciem przyjemnym. w życiu wielokrotnie czułyśmy/liśmy jakbyśmy dostali po mordzie: po studiach, po pierwszej wypłacie, zbyt długiej trzeźwości, po zamieszkaniu razem, po poważnej chorobie, albo kiedy orientujemy się, że najuczciwsze będzie stwierdzenie, że jesteśmy zdane/i wyłącznie na siebie. są też, rzecz jasna, momenty nieco mniej dramatyczne, jak ten ostatni: siedzisz na zajęciach, prawie nic się nie dzieje, więc uzupełniasz kalendarz, planujesz każdą minutę, żeby ogarniać, żeby ogarnąć, w tak zwanym międzyczasie pijesz trzecią kawę, która smakuje jak pierwsza o piątej rano (nienawidzisz poranków), myślisz o wszystkich plastikowych reklamówkach, które kupiłaś, spostrzegasz też o kurde, słońce, zmarnowany dzień, aż nagle dociera do ciebie wielki, klasowy rzyg. jest jeszcze gorzej, orientujesz się, że to nie rzyg z katedry, a rzyg kogoś, kto z pewnością jest ci bliski rocznikowo. a rzyg ten, drogie osoby, tyczy się krytyki.

wielokrotnie dawałam już wyraz mojej niechęci wobec krytyki akademickiej lub tzw. krytyki profesjonalnej i muszę przyznać, że nie czułam się osamotniona z tym podejściem, przeciwnie, wszyscyśmy przybijali sobie piątki, zgodnie twierdziłyśmy/liśmy, że pod tym względem akademia ist tot, że nie czytamy i nie słuchamy tej przesadnej profesjonalizacji, zdań bez polotu, zapchajdziur oraz  potworkowatych metafor, które niczemu nie służą. i to był błąd, bowiem okazuje się, że nawet w tej jednej bańce znajdują się jednostki, które nigdy się ze sobą nie zgodzą. dość zaskakujący wydał mi się fakt, że budowanie monopolu na cokolwiek nie jest kwestią, którą należałoby omawiać w czasie przeszłym, ani w kontekście pokoleniowym. a jednak nawet moje rówieśniczki/y wciąż podzielają pogląd, że istnieje jakaś słuszna retoryka – jedna z uczestniczek kursu była śmiertelnie oburzona potocyzmami ("koleś", wyrażenie "trącić myszką" również zaklasyfikowała jako potoczne), subiektywizmem (ciężko uwierzyć, że ktoś jeszcze chce czytać krytykę w stylu streszczam/omawiam, czyli w przybliżeniu błoński). wewnętrznie śmiałam się do rozpuku, kiedy usłyszałam, że halo, recenzja jest gatunkiem informacyjnym, że w każdym poradniku jak pisać recenzje, szanowni państwo, stoi, że ma być tak, a nie inaczej. taki monopol na mówienie jest szalenie irytujący i prowadzi do nieznośnej, może nawet niebezpiecznej, uniformizacji krytyki  – wówczas należy wpasować się w klucz, żeby nie wywołać intelektualnego refluksu (w ogóle już samo istnienie klucza jest absurdalne). w tle wspomnianej przeze mnie wypowiedzi majaczy widmo starego, ale nieustannie aktualnego konfliktu na linii krytyka profesjonalna i nieprofesjonalna, tzn. sporu o emocje. bo czyż prawdziwa/y krytyczka/k może pozwolić sobie wypowiedzi bazujące na wrażeniach, emocjach? absolutnie nie! emocje, to choroba krytyki natywnej* (amatorskiej, półamatorskiej) i, co zostało wyraźnie zaznaczone podczas jednego panelu w ramach konferencji trzydziestoletnia. literatura polska w latach 1989-2019 (urocza stypa), właściwe krytyce nowej (młodej). co więcej, padły słowa "to nie jest krytyka intelektualna", co jest doskonałym odzwierciedleniem myśli, że legitymizacja konkretnych krytyk jest wynikiem "inteligenckiej doksy", co prowadzi nas prosto w śliski uścisk z tym, co klasowe

trochę się wstydzę, ale muszę przyznać rację starszym (wspominała o tym dorota kozicka) – rzeczywiście podział na starą i nową krytykę był spoko do lat dziewięćdziesiątych, ale wraz z powrotem krytyki zaangażowanej, sporów o charakterze politycznym, światopoglądowym, trudno porządkować ją wedle wieku, generacji, pokolenia, co dość dobrze obrazuje ta mikroscena z życia uniwersyteckiego. bo przecież, nie ma co się łudzić, nie chodzi tylko o to, że jakaś pańcia, czy jakiś panicz rości sobie prawo do wyłączności na krytykę, na język. problem jest znacznie poważniejszy, gdy uświadomimy sobie, że chodzi tutaj przede wszystkim o odmówienie prawa do świadomych wyborów (tu: lokowanie się poza kluczem jako wynik kulejących predyspozycji intelektualnych) i utajaną pogardę (jak u saida) wobec tych, którzy decydują się na  inną retorykę, inny sposób mówienia.

więc na pochybel i arrivederci.

*podział na krytykę natywną i profesjonalną jest już totalnie nieaktualny i powinien zostać porzucony, jeśli chcemy grać fair. gdzieś tam proponowałam termin popkrytyka zamiast tych dwóch reliktów

17:28

absolutna bezkompromisowość. o „ who killed my father” edouarda louisa

określenie literatura zaangażowana zawiera pewną stałą – tj. ryzyko tonu powieści produkcyjnych albo niedzielnych kazań. służalcze traktowanie literatury może i przysłuży się ideologicznej konstelacji ciał, ale z pewnością nie wpłynie pozytywnie na samą literaturę. trudno też o złoty środek, zazwyczaj zaangażowanie i forma nie nadążają za sobą. są jednak takie i tacy, którym udaje się sprostać zadaniu. do tego małego grona należy edouard louis, autor książek history of violence (polski przekład wydało wydawnictwo pauza), the end of eddy oraz who killed my father.

pomimo wprowadzenia stylistycznego monogłosu – w oryginale głosy narratora i jego siostry są zupełnie różne; w wydaniu angielskim również, chociaż w mniejszym stopniu – historia przemocy została bardzo dobrze przyjęta przez krytyków i krytyczki. odnoszę też wrażenie, że w przekładzie polskim zgubił się rytm, który dość dobrze udało się odtworzyć w wersji angielskiej. niemniej historia przemocy zasługuje na szczególną uwagę czytelniczek/ków.
w przypadku książki who killed my father możemy mówić o oszczędności formy (jakkolwiek blurbiarsko to brzmi). z hov zapamiętuje się przede wszystkim przemyślaną i znakomicie zrealizowaną konstrukcję (ofc poza fabułą, która pozostaje z czytelniczkami/kami na długo). natomiast wkmf sprawia wrażenie pisanej w zgodzie z zasadą mniej znaczy więcej. każde zdanie to doskonale wymierzone uderzenie. louis pokazuje, że nie trzeba policzkować barokowym ferworem, żeby zmiażdżyć odbiorczynie/ów. 

to, co zawsze udaje się pisarzowi, to pokazanie człowieka jako wypadkowej wpływów zewnętrznych, nie człowieka-kowala własnego losu, a właśnie kogoś, kto nie może uwolnić się od ciężaru narzuconych determinant. taka sprawność w tworzeniu portretów społecznych nie zaskakuje u louisa, który jest wnikliwym czytelnikiem bourdieu. kwestia klasowości i kapitału jest stale obecna w twórczości francuskiego pisarza, co – nie ukrywam – bardzo doceniam. odnoszę wrażenie, że jest to temat, którego brakuje w najnowszej literaturze polskiej, chociaż tego typu narracje pojawiają się coraz częściej, a sama socjogeneza przestaje być traktowana jak niechciana córka przeklętego karla.
autor historii przemocy oferuje nam absolutną bezkompromisowość. pokazuje, że klasa rządząca czyni nasze ciała politycznymi i ponosi odpowiedzialność za to, jak wygląda życie większości, że decyzje polityczne bywają rujnujące, ale mogą takie być, ponieważ ich nie dotyczą. pisze
… no government ever breaks their backs, no government ever breaks their backs, no government ever inspires a trip to the beach. (…) they’re the ones who engage in politics, though it has almost no effect on their lives. for the ruling class, in general, politics is a question of aesthetics: a way of seeing themselves , of seeing the world, of constructing a personality. for us it was life or death.
co więcej: wymienia konkretne decyzje i odpowiedzialnych za nie głównych aktorów francuskiej polityki i dodaje
i refuse to let these names be forgotten. i want them to be known now and forever, everywhere (…) beyond every ocean, deep within every continent, across every border.

who killed my father to także opowieść o trudzie i wysiłku komunikacji – relacja pomiędzy bohaterem a jego ojcem mogłaby pozostać w stanie zawieszenia, umacniania wzajemnych pretensji, trwania w przeświadczeniu o nieuchronności komunikacyjnego failu. zdaje się, że to empatia autora/narratora i zarazem świadomość, że to, jacy jesteśmy i w jakim miejscu się znajdujemy jest wynikiem wielu złożonych procesów (habitusu, dostępu do kapitału), pozwala na prawdziwy dialog pomiędzy ojcem a synem.

wkmf to mocny i bezkompromisowy głos, a tego właśnie powinnyśmy/iśmy oczekiwać od literatury zaangażowanej. louis pokazuje świat takim, jakim jest w istocie: brutalnym i niesprawiedliwym. to literatura, która krzyczy: „what we need is a revolution”.

17:35

infantylizowanie czytelniczek/ków. o „latawcu z betonu” moniki milewskiej

czasami zastanawiam się, czy jest coś gorszego od książek plasujących się na poziomie zero stylu, które nie dość, że uznawane są za warte uwagi, to dodatkowo bywają wartościowane jakby były królową angielską ubraną w garsonkę w cenie rocznego wyżywienia dwustu rodzin. dotychczas zdawało mi się, że nic nie pokona tych napompowanych zer. ofc są książki złe, nadające się przede wszystkim do pełnienia funkcji podkładki termicznej albo znakomitego materiału na przemiał, jednak w przypadku tych publikacji nikt nie mówi, że jest inaczej. zero stylu bywa sprzedawane jako porywająca historia, fabularny majstersztyk, opowieść o nas, diagnoza naszych czasów – rozgrywka retoryczna niemająca końca, irytująca, bezczelna i robiąca dobrze kapitalizmowi. co gorsza, zapewniają nam ją nie tylko redaktorki/zy, ale też krytyczki/y oraz wkręcone/eni w trybiki blogerki/zy. jednak jest coś, co sprawia, że wybiegam daleko poza granicę irytacji, a to za sprawą  m.in. publikacji moniki milewskiej – latawiec z betonu.

nie zaprzeczę, że nie[rzadko] towarzyszy mi przekonanie, że nie potrafię uprawiać krytyki pozytywnej. mimo wszystko jestem przekonana, że poziom satysfakcji wynikający z lektury znajduje swoje poważniejsze uzasadnienie, a nie jest wyłącznie chwilowym kaprysem krytyczki/a. do czego zmierzam: latawiec z betonu wzbudził we mnie tak negatywne uczucia, że rzeczywiście zaczęłam powątpiewać w możliwość wzniesienia się na poziom krytyki pozytywnej (XD). dlatego, w ramach eksperymentu, starałam się wypunktować nie tyleż mocne strony, zalety, co raczej elementy, którym można dać okejkę. trochę na siłę, by przekonać siebie, że moje zdecydowane n i e jest uzasadnione. do rzeczy:

  • sam pomysł napisania powieści o gdańskim falowcu jest obiecujący
  • genesis w książce, to jedyny fragment, któremu nie mam nic do zarzucenia (ma niecałe dwie strony)
  • dzięki wykorzystaniu motywu przenoszenia się w czasie (każda klatka falowca, to inne czasy) autorce udaje się zarejestrować zmiany krajobrazu, rodzącą się betonozę, jak również zmiany polityczne – w końcu przekształcenia krajobrazu skorelowane są z systemem i jego dynamiką. w ramach pojawiających się narracji dotyczących lat 80. i 90. takiego zabiegu jeszcze nie było (chyba)
  • kwestia doświadczenia komunizmu i wynikające z niego różnice międzypokoleniowe. inżynier nie jest w stanie zrozumieć, jak jego córka może zajmować się w swojej pracy badawczej okresem prl-u, pyta: „jak jej wytłumaczyć, że tam nie ma po co wracać?”
  • udana próba uchwycenia estetyki, o której chyba już gdzieś pisano – mowa o mariażu amerykańskiego art deco z Dynastią
  • i oczywiście beka z socjologów (feminatywy są obce milewskiej) bazująca na przerysowaniu i absurdzie. wikipedia mówi, że można rozważać to w kontekście autobiograficznym <kropka>

te punkty nie są powodem do dumy (autorki), ponieważ, podkreślam, są wynikiem mojego aktu desperacji wobec szczerej chęci zepchnięcia latawca z betonu w otchłań niebytu. w jakim jednak sensie książka milewskiej jest gorsza od książek na serio najgorszych? pisarka (świadomie lub nie) infantylizuje swoje czytelniczki i swoich czytelników. przypuszczam, że cenzurowanie przekleństw (poważenie) nie było pomysłem korektorki. nie chcesz przekleństw w swoim pięknym świecie prozy – nie używaj ich. sama wierzę w literaturę jako przestrzeń zderzenia, transgresji, w związku z tym nie pożądam opatulania kołderką zobowiązań wobec etykiety, tradycji, dziedzictwa czy czegokolwiek innego. jako czytelniczka czuję się upupiona. milewska idzie dalej i wszystko rozgrywa na poziomie oczywistości. intertekstualne zagrywki są spoko, ale policzkowanie czytelniczek/ków oczywistościami jest nieznośne. dodatkowo, nieśmiało stwierdzam, nie chodzi tutaj o prozę, a ego piszącej/go – żeby czasem nie przegapić nawiązania do kundery („lekkość bytu okazała się nieznośna” – no błagam), nietzschego, jakiegoś frajera romantyzmu etc. oddajecie książki w nasze ręce, z resztą sami sobie poradzimy. obsesyjna odautorska kontrola jest smutna, zubażająca i męcząca. albo odczytamy nawiązanie do mitu o orfeuszu i eurydyce, albo nie. jeżeli książka broni się wyłącznie na poziomie ściółki, wypada zadać sobie pytanie, czy nie brakuje jej czegoś we wszystkich innych warstwach.

gry językowe, które proponuje milewska, są banalne i nudne, a przez to kompletnie nieudane. to, co jest stałe dla ponad dwustu stron katalogu oczywistych rozwiązań literackich, to przaśny, bazarowy humor, który wcale nie miał taki być. gdyby to było zamierzone rozwiązanie, przaśność byłaby konstytutywnym elementem każdego z bohaterów/ek, so spare me.

odnoszę wrażenie, że proza milewskiej jest prozą filmową. i przyznam, że choć mam słabość do skrótów estetycznych, w momencie, w którym kolejne sceny wjeżdżają jak na platformie ze zrobioną naprędce scenografią z klocków lego, moje ciśnienie rośnie.

nawiązując jeszcze do zakończenia, które zdradzę, ponieważ nie jest to mile widziane w krytyce spod znaku kapitalizmu: zastosowanie (klasycznego już) odwrócenia motywu omg, to był tylko sen jest kolejnym ostentacyjnie jasnym chwytem, którego nie kupuję.

ostatni punkt mojego wyważonego dissu, to kwestia korekty. dobór przyimków w latawcu z betonu przyprawia mnie o palpitacje serca. w życiu, w tym chwilami znośnym tu i teraz, naprawdę nie obchodzi mnie to, ile błędów ktoś popełnia – mówmy, jak chcemy, bo język jest nasz. ale kiedy widzę, że w książce sprzedawanej pod wielkim szyldem literatura, ktoś wciska mi korektorską porażkę, moja złość rośnie.

czasami wydaje mi się, że są takie książki, które nie powinny się wydarzyć. w trakcie lektury latawca z betonu, to wrażenie mnie nie opuszczało. jak pisze pan w., czołowy recenzent portalu czytelniczego należącego do dużego wydawnictwa z siedzibą w krakowie – pała!


21:37

pogrzebmy krytykę warunkową

wygodnie żyje się w świecie pozbawionym odpowiedzialności. w świecie, w którym ktoś inny przejmuje jej ciężar. w końcu to najprostsza droga, by wieść życie z dala, w świętym spokoju, nie tyle poza czasem, co wyłącznie w swoim czasie — swój naiwny nieukontekstowiony makrożywot. nie chodzi tutaj wyłącznie o  jednorazowy gest oddania, a o transakcję niepozbawioną konsekwencji. transakcję łączącą wnętrze i zewnętrze, a tym samym ustanawiającą relację zależności między nami a zewnętrzem. trzeba przyznać, że owa relacja najczęściej pozostaje poza świadomością, bo wraz z jej dokonaniem, rezygnujemy z możliwości oglądu, perspektywy, spojrzenia innego niż spojrzenie do naszego wewnątrz. zostajemy my i żaden świat więcej. co jednak tragiczniejsze, oddajemy to, co nam najwłaściwsze — naszą sprawczość. to, co przeraża (wielkie, przytłaczające słowo), to wykorzystanie dobrowolności, by oddać swoją wolę, czyli nic innego jak oddać siebie. dajemy się (wy)prowadzić, nieważne dokąd, nieważne po co.

chciałoby się powiedzieć, cóż, piękny nasz świat, w którym to, co etycznie wątpliwe, nie jest naszą winą. zło jest bardzo daleko, za ekranem, a więc na spokojnie uruchommy nasz autogłask: to nie nasza wina, nothing to be done. wobec tego chwilowo korzystajmy ze spektaklu tragiczności i zła, zajmijmy się nim tylko przez moment, by z ulgą móc się odsunąć, by przypomnieć sobie, że nie chcemy czuć. popatrzeć i odejść, po chwili zapomnieć. nie zaprzeczam, że odpowiedzialność można porzucić w pełni świadomie — w świecie nieznośnym nie ma prostszej i bardziej oczywistej roli niż rola zblazowanego cynika.
niektórzy twierdzą, że to przesunięcie odpowiedzialności dokonało się przede wszystkim pod wpływem mediatyzacji. zapominają jednak, że w centrum stale znajduje się człowiek — i to po każdej stronie. przesunięcie nie tylko z czegoś wynika, ale stale czemuś służy. a służy zawsze innym ludziom okupującym zewnętrze. zatem na nic zdają się gadki, że głos nie ma znaczenia. owszem, jego sprawczość jest ogarniczona, ale musi wybrzmieć, by zrealizował się tkwiący w nim potencjał, utajona kyniczność

zdawałoby się, że uwagi dotyczące imperatywu odpowiedzialności znajdują się dość daleko od tego, czym zajmuję się zazwyczaj i po co wykonuje się klik w tę, chwilami martwą, e-przestrzeń. nic bardziej mylnego, chociaż bywam specjalistką od historii bez puent, w puentę tego tego tekstu bardzo wierzę. rezygnacja z odpowiedzialności i sprawczości prowadzi do tego, że to zewnętrze przejmuje naszą decyzyjność, prowadzi nas na smyczy, trzyma w ryzach, kieruje upodobaniami lub kreuje je za nas, nierzadko pokazuje nam, co ma wartość poprzez nonszalancki gest wrzucenia czegoś w naszą ograniczoną perspektywę wnętrza.
i to jest problem krytyki literackiej w ogóle. krytyczki i krytycy pokazują nam, na co zwrócić uwagę, co ma wartość, co powinno nas zatrzymać w męczącym pędzie tu i teraz. to takie łatwe, dać się pokierować przez innych. ale proszę rozważyć, jeśli to tylko sztuczka, chwyt, a wszystko, co zjawia się na czytelniczym horyzoncie, to wynik podobnych transakcji, jak transakcja oddania sprawczości w zamian za wygodę. co, jeśli krytyka literacka również ma swoje zewnętrze, a są nim układy warunkowane sytuacją na rynku albo wymienionymi uśmiechami. jeśli ci państwo za nic mają etykę (kolejne wielkie słowo), a raczenie ludzi gównem nie stanowi dla nich problemu, mimo że — jak już kiedyś podkreślałam — życie jest skończone i trwonienie czasu na to, co literacko wątpliwe, w dodatku w wyniku czyjejś zależności, jest obrzydliwe, co wówczas. zewnętrze jest wygodnickie, a przez to bywa uparte. dlatego też droga imperatywu odpowiedzialności wiedzie od wnętrza do zewnętrza. fakt, że każde zewnętrze jest wnętrzem (XD) nie powinien być zniechęcający, bowiem pokazuje, że potencjalna sprawczość tkwi w każdy z nas, czasem po prostu pozostaje niezrealizowana bądź skutecznie zablokowana przez inne uwarunkowania. w każdym razie, by powrócić bezpośrednio do kwestii krytyki literackiej, w tym przypadku chcę pokazać, iż istnieje pewne wyjście, to jest odebranie sprawczości poprzez ponowne wzięcie na klatę odpowiedzialności przez nas — czytelniczki i czytelników. jeżeli jedyne, na co zazwyczaj możemy liczyć, to pozytywna recenzja książki opublikowana na dwa tygodnie przed udostępnieniem prebooków przez wydawczynię/wydawcę albo pean na cześć książki przyjaciółki/przyjaciela kogoś, bądź śmiała pochwała, która kosztowała parę egzemplarzy lub dyszek, to rzeczywiście zostaje nam wyłącznie droga, którą można dissować jako naiwną. zostaje nam dostrzeżenie zależności: naszej, wynikającej z przesunięcia odpowiedzialności, i zewnętrza, które tę odpowiedzialność porzuciło na rzecz korzyści wynikających z zależności wobec kolejnego zewnętrza; z kolei dostrzeżenie powinno prowadzić nas prosto do wyartykułowania. 

oto właśnie podstawa imperatywu odpowiedzialności, pierwszy krok — dostrzeżenie i wyartykułowanie. nieco później przychodzi efekt. w języku nie ma nic bardziej owocnego niż kwestionowanie. bądźmy podejrzliwe/i, krytyczne/i. nawet osoby uchodzące za najbardziej fair najczęściej nie grają fair, a jedynie robią sobie dobrze wierząc, że stoją u steru gustu.
chyba utknęłyśmy/liśmy w środku, ale jeśli nie możemy przebić się do zewnętrza, by tam zrealizować najpiękniejszy potencjał, jak posiadamy, to wymierzmy ostrze krytyki, odbierzmy uwagę i wykorzystajmy tkwiącą w nas siłę, by nie dać się sterować, by nie dać narzucić sobie reguł gry. słowem, weźmy odpowiedzialność na nowo, dajmy zajść słońcu na horyzoncie krytyki warunkowej. 

19:53

pokaż swój przywilej

zazwyczaj po publikacji raportów dot. czytelnictwa dużo i głośno jęczymy, a nasze łzy spadają na prousta, celana, joyce'a. ustawiamy wielkich panów do zdjęcia, w podpisie załączamy szereg pytań, które układają się w pieśń retoryczną o pozycyjnej wyższości, intelektualnej podniecie i nacieraniu duszy kurzem ze spleśniałych woluminów. ileż to osób nie ma w domu ani jednej książki, a ile tylko podręcznik sprzed kilkudziesięciu lat, czy to koniec świata, kiedy ominął nas pogrzeb kultury? 

twierdzisz, że czytasz, bo lubisz, musisz albo masz na to ochotę. najprawdopodobniej jednak czytasz, bo umożliwia ci to kapitał, trwałe dyspozycje. używasz swoich książek brzydko, budujesz z nich swoje proscenium, na które za każdym razem wspinasz się nieco pewniej, trochę szybciej łapiesz równowagę, by na końcu stwierdzić, że oto jesteś, ty, twoja wiedza, twoja władza, twoja przewaga. ależ tu pięknie, ależ tu bezpiecznie, myślisz. rzadko patrzysz w dół, jednak jeśli już to robisz, to na okamgnienie, by z tym większą ulgą rozejrzeć się dokoła siebie. twoja aura jest genialna, tworzysz ją prosto, biegasz z książką jak z karabinem – z pełną gotowością, z pełną świadomością – jeśli możesz się o coś potknąć, to tylko o hegla, niby czytasz wszędzie, a tak naprawdę nigdy, tylko wodzisz wzrokiem po kartkach, przewracasz strony pęsetą, by oddać szacunek literaturze.

16:47

literatura, promocja i krytyka – o tym, jak dajemy nabić się w butelkę

przyznam, że wydawnictwa rzadko są w stanie nabić mnie w butelkę. zazwyczaj wiem po jaką książkę sięgam, czego się po niej spodziewać. być może wynika to z patologicznego stopnia zaangażowania w risercz. jakkolwiek by nie było – jeśli już decyduję się biczować literaturą, to z własnej woli bądź woli mariana es. czytelniczkom i czytelnikom, którzy wciąż nie wypracowali swojego filtra – a przypominam, że życie jest temporalne, możliwe, że jednorazowe, a książek ocean, w którym łatwo utonąć – polecam naukę zaklęć obronnych na strategie promocyjne
wszystkie magic starsy krytyki literackiej potwierdzą, że nie liczy się tylko treść. skończyło się myślenie o literaturze, w którym nie uwzględnia się niczego prócz paplaniny zawartej pomiędzy okładką książki. nie oznacza to, że każda książka ma być liberacką petardą. coraz więcej wydawnictw zdaje sobie sprawę z tego, co przyciągnie odbiorców i co sprawi, że dany produkt będzie nośny – zwłaszcza w sieci. i właśnie dlatego dałam się nabrać.

19:46

„pieśń koguta” viktora fischla

„pieśń koguta” viktora fischla

i jest też literatura, która pulsuje. pulsuje nie tylko swoim życiem, ale też wieloma innymi opowieściami. również twoją historią. zdaje się, że pieśń koguta viktora fischla jest właśnie taką książką.

19:00

to dopiero początek. „cierpienia młodej hany” katji gorečan

to dopiero początek. „cierpienia młodej hany” katji gorečan

mylicie się, jeśli myślicie, ileż to ostatnio literackich głosów młodego feminizmu, ile mocnych dziewczyńskich, kobiecych ja. mylicie się też, jeśli  j u ż  stwierdzacie, że bolą was głowy i duszyczki od całej tej pisanino-paplaniny. jesteście w błędzie, jeśli mówicie, zmęczył mnie ten temat, i jeżeli w efekcie podnosicie larum, halo, czy jest na sali prawdziwy poeta. raczej nie macie racji, jeśli twierdzicie, że to moda, za którą nic nie stoi, bo przeciwnie – mamy do czynienia realną potrzebą wywołaną konkretną sytuacją społeczno-polityczną. mylicie się, jeśli krzyczycie, ile można. mylicie się, bo to dopiero początek.

23:46

wokół „przyduchy” macieja piotra prusa

wokół „przyduchy” macieja piotra prusa

ze złymi książkami bywa różnie. zwłaszcza, kiedy mamy do czynienia z nachalną promocją i próbami robienia z książek petard, które uderzają raz, najlepiej dwa tygodnie przed oficjalną premierą, a miesiąc po hucznej celebracji, panelach dyskusyjnych prowadzonych przez zdolnych chłopców, słuch po nich zanika. właściwie, przyglądając się praktykom niektórych wydawnictw, można by się zastanowić, czy wydawców interesuje jeszcze jakieś wartościujące podejście do literatury (i nie mam tu na myśli starych foremek literatury wysokiej i niskiej), czy wyłącznie książki jako produkty. przedłużeniem tej męczącej konsumenckiej praktyki jest to, co później z książek-produktów robią ci, którzy w sprawie literatury, jak twierdzą, mają coś do powiedzenia. a zatem na scenie pojawiają się krytycy. krytyk to słowo dość pojemne, pomieści nawet osoby, które zajmują się wyłącznie streszczaniem fabuły, czy tych, którzy książki umieszczają w skali od jeden do dziesięciu, a nawet, tak się zdarza, wepchnie się tam jakiś bloger. oczywiście, jesteśmy w stanie usłyszeć też w nim echo, pogłos buntu, który utrzymuje się nawet, co zaskakujące, u roczników osiemdziesiątych, które wciąż wierzą w wielkość krytyki akademickiej, gdy tymczasem inni chcieliby już zapalić znicze na jej grobie.

15:00

w pułapce. o „koali” lukasa bärfussa

w eseju hotel derrida (fantazja) jacek gutorow pisał: „zdaję sobie sprawę z faktu, że gdzieś czeka na mnie obce. mój rewers. a w każdym razie coś, co może wywrócić mnie na nice, podszewką do góry”. ta – w duchu, sorróweczka za to, dekonstrukcyjna myśl – pokazuje, że to dekonstrukcja, ten przedmiot beki pierwszego roku studiów, może być nie tylko narzędziem w rękach czytelnika, pewną strategią odczytywania tekstu, ale także świadomym działaniem autora, pułapką zastawioną na odbiorcę. a kiedy w nią wpadnie, nie będzie odwrotu. zderzenie z innością, w jakiejkolwiek postaci, zawsze pozostawia ślad. czasami śladem będzie transformacja podmiotu, kiedy indziej zaś jego konserwatywne tupanie nogą, charakterystyczny mechanizm obronny, pasywność w zderzeniu z czymś nowym.

świat przedstawiony w powieści lukasa bärfussa nie jest żadnym novum. problemy, które porusza autor w koali – samobójstwo czy niechlubna historia kolonializmu europejskiego – nie są nam obce. i chociaż już zawładnęliśmy tym uniwersum, opanowaliśmy je także epistemologicznie, innymi słowy: zdążyliśmy poczuć się jak u siebie, pewni gruntu, po którym stąpamy, to narracja, a co za tym idzie, również perspektywa, jest zupełnie niestandardowa. to właśnie pułapka, a w niej my – zdezorientowani, zgubieni, zderzeni z innością. 

22:55

stworzyć kryptę. o po trochu weroniki gogoli


żeby debiut mógł odnieść sukces, musi być – po pierwsze – debiutem sprawiającym uciechę literacką krytykom i czytelnikom, po drugie zaś, powinien wpisać się w literackie trendy. jednak co właściwie znaczy odnieść sukces, gorzej, odnieść sukces w literaturze, co kryje się pod sformułowaniem „literackie uciechy” i o jakich trendach możemy mówić w odniesieniu do literatury? pytania trudne, a i odpowiedzi niejednoznaczne, może błoński objaśniłby nam te kwestie, a może odpowiedzi zna czapliński, a może ktoś z „czasu kultury” albo z „dwutygodnika”, albo ktoś już dawno rozwiązał te zagadkę jak być literacko pożądanym, jakiś szczepan twardoch czy inny dehnel. ostatnio grabowski stwierdził, że wszyscy wielcy pisarze są mizoginami, jest to jakaś wskazówka, jakiś pierwszy krok, ale nie wiem, co z pisarkami, chyba w obrębie plant nie istnieją, w każdym razie może to wszystko, o co pytam, wpisuje się w refleksję powszechnie znaną, a mnie obcą i teraz, pisząc to, nieco się kompromituję. może i. 
na szczęście mamy literacki debiut weroniki gogoli – debiut czytany, dyskutowany, wpisujący się w szersze zjawisko obecne w najnowszej literaturze polskiej. i, jak mi się zdaje, właśnie po trochu okaże się pomocne przy próbie zrozumienia pojęcia sukcesu. 

16:55

o jakim piśmie nie marzę

o jakim piśmie nie marzę
no, drodzy państwo, misie, w końcu coś zaczyna się dziać. początkowo śmierć prasówki była tylko jedną z przerażających, inteligenckich wizji wieszczonych przez mądre akademickie głowy, później zaś faktem głoszonym regularnie i z większą śmiałością za każdym razem, kiedy mądre głowy przypominały sobie o tym, czego dokonały i jak okropną lipą jest tu i teraz
obecnie można chyba powiedzieć, drogie mądre głowy, śmierć tę ogłoszono prawdopodobnie zbyt pochopnie, bo oto nadchodzi nowe.

16:39

krivoklat, pytam, po co?

krivoklat, pytam, po co?



na język polski przetłumaczono trzydzieści pięć książek bernharda, od wczesnych lat dziewięćdziesiątych wystawiane są w polsce jego dramaty. proza austriackiego-wyklętego jest ciągle powracającym tematem w debacie akademickiej. w samym krakowie w dwa tysiące siedemnastym roku odbyły się dotychczas cztery spotkania wokół twórczości bernharda, a rok wcześniej ukazało się polskie wydanie komiksowej wersji dawnych mistrzów, czyli jednej z najpopularniejszych powieści tegoż, autorstwa nicolasa mehlera. i w tym całym ambarasie znalazł swoje miejsce jacek dehnel, przez jednych nazywany naczelnym dandysem wieku naszego, a od czasu publikacji „ein österreichisches kunstidyll” polskim bernhardem, co czytelnik winien skwitować śmiechem szydercy, dokładnie takim, jaki niesie się na kartach bernhardowskich. bowiem czego możemy spodziewać się po dehnelu, który bierze na warsztat największego burzyciela, szydzącego i ironizującego, wylewającego kubeł pomyj na austrię, myślimy, nienajgorszy to pisarz, przepracuje to, zdekonstruuje, a i uderzy, bo uderzenia w bernahardzie chodzi, ale gdzieś tam zachowa się on – jacek dehnel, znajdziemy go, kiedy jedną frazą wbije się w nie swoją fazę, kiedy doda coś od siebie do nie swojej historii, gdy zobaczymy w nie jego bohaterze choćby obcy błysk, mrugnięcie. ale nie.
Copyright © 2016 po krzywej wieży , Blogger