17:35

infantylizowanie czytelniczek/ków. o „latawcu z betonu” moniki milewskiej

czasami zastanawiam się, czy jest coś gorszego od książek plasujących się na poziomie zero stylu, które nie dość, że uznawane są za warte uwagi, to dodatkowo bywają wartościowane jakby były królową angielską ubraną w garsonkę w cenie rocznego wyżywienia dwustu rodzin. dotychczas zdawało mi się, że nic nie pokona tych napompowanych zer. ofc są książki złe, nadające się przede wszystkim do pełnienia funkcji podkładki termicznej albo znakomitego materiału na przemiał, jednak w przypadku tych publikacji nikt nie mówi, że jest inaczej. zero stylu bywa sprzedawane jako porywająca historia, fabularny majstersztyk, opowieść o nas, diagnoza naszych czasów – rozgrywka retoryczna niemająca końca, irytująca, bezczelna i robiąca dobrze kapitalizmowi. co gorsza, zapewniają nam ją nie tylko redaktorki/zy, ale też krytyczki/y oraz wkręcone/eni w trybiki blogerki/zy. jednak jest coś, co sprawia, że wybiegam daleko poza granicę irytacji, a to za sprawą  m.in. publikacji moniki milewskiej – latawiec z betonu.

nie zaprzeczę, że nie[rzadko] towarzyszy mi przekonanie, że nie potrafię uprawiać krytyki pozytywnej. mimo wszystko jestem przekonana, że poziom satysfakcji wynikający z lektury znajduje swoje poważniejsze uzasadnienie, a nie jest wyłącznie chwilowym kaprysem krytyczki/a. do czego zmierzam: latawiec z betonu wzbudził we mnie tak negatywne uczucia, że rzeczywiście zaczęłam powątpiewać w możliwość wzniesienia się na poziom krytyki pozytywnej (XD). dlatego, w ramach eksperymentu, starałam się wypunktować nie tyleż mocne strony, zalety, co raczej elementy, którym można dać okejkę. trochę na siłę, by przekonać siebie, że moje zdecydowane n i e jest uzasadnione. do rzeczy:

  • sam pomysł napisania powieści o gdańskim falowcu jest obiecujący
  • genesis w książce, to jedyny fragment, któremu nie mam nic do zarzucenia (ma niecałe dwie strony)
  • dzięki wykorzystaniu motywu przenoszenia się w czasie (każda klatka falowca, to inne czasy) autorce udaje się zarejestrować zmiany krajobrazu, rodzącą się betonozę, jak również zmiany polityczne – w końcu przekształcenia krajobrazu skorelowane są z systemem i jego dynamiką. w ramach pojawiających się narracji dotyczących lat 80. i 90. takiego zabiegu jeszcze nie było (chyba)
  • kwestia doświadczenia komunizmu i wynikające z niego różnice międzypokoleniowe. inżynier nie jest w stanie zrozumieć, jak jego córka może zajmować się w swojej pracy badawczej okresem prl-u, pyta: „jak jej wytłumaczyć, że tam nie ma po co wracać?”
  • udana próba uchwycenia estetyki, o której chyba już gdzieś pisano – mowa o mariażu amerykańskiego art deco z Dynastią
  • i oczywiście beka z socjologów (feminatywy są obce milewskiej) bazująca na przerysowaniu i absurdzie. wikipedia mówi, że można rozważać to w kontekście autobiograficznym <kropka>

te punkty nie są powodem do dumy (autorki), ponieważ, podkreślam, są wynikiem mojego aktu desperacji wobec szczerej chęci zepchnięcia latawca z betonu w otchłań niebytu. w jakim jednak sensie książka milewskiej jest gorsza od książek na serio najgorszych? pisarka (świadomie lub nie) infantylizuje swoje czytelniczki i swoich czytelników. przypuszczam, że cenzurowanie przekleństw (poważenie) nie było pomysłem korektorki. nie chcesz przekleństw w swoim pięknym świecie prozy – nie używaj ich. sama wierzę w literaturę jako przestrzeń zderzenia, transgresji, w związku z tym nie pożądam opatulania kołderką zobowiązań wobec etykiety, tradycji, dziedzictwa czy czegokolwiek innego. jako czytelniczka czuję się upupiona. milewska idzie dalej i wszystko rozgrywa na poziomie oczywistości. intertekstualne zagrywki są spoko, ale policzkowanie czytelniczek/ków oczywistościami jest nieznośne. dodatkowo, nieśmiało stwierdzam, nie chodzi tutaj o prozę, a ego piszącej/go – żeby czasem nie przegapić nawiązania do kundery („lekkość bytu okazała się nieznośna” – no błagam), nietzschego, jakiegoś frajera romantyzmu etc. oddajecie książki w nasze ręce, z resztą sami sobie poradzimy. obsesyjna odautorska kontrola jest smutna, zubażająca i męcząca. albo odczytamy nawiązanie do mitu o orfeuszu i eurydyce, albo nie. jeżeli książka broni się wyłącznie na poziomie ściółki, wypada zadać sobie pytanie, czy nie brakuje jej czegoś we wszystkich innych warstwach.

gry językowe, które proponuje milewska, są banalne i nudne, a przez to kompletnie nieudane. to, co jest stałe dla ponad dwustu stron katalogu oczywistych rozwiązań literackich, to przaśny, bazarowy humor, który wcale nie miał taki być. gdyby to było zamierzone rozwiązanie, przaśność byłaby konstytutywnym elementem każdego z bohaterów/ek, so spare me.

odnoszę wrażenie, że proza milewskiej jest prozą filmową. i przyznam, że choć mam słabość do skrótów estetycznych, w momencie, w którym kolejne sceny wjeżdżają jak na platformie ze zrobioną naprędce scenografią z klocków lego, moje ciśnienie rośnie.

nawiązując jeszcze do zakończenia, które zdradzę, ponieważ nie jest to mile widziane w krytyce spod znaku kapitalizmu: zastosowanie (klasycznego już) odwrócenia motywu omg, to był tylko sen jest kolejnym ostentacyjnie jasnym chwytem, którego nie kupuję.

ostatni punkt mojego wyważonego dissu, to kwestia korekty. dobór przyimków w latawcu z betonu przyprawia mnie o palpitacje serca. w życiu, w tym chwilami znośnym tu i teraz, naprawdę nie obchodzi mnie to, ile błędów ktoś popełnia – mówmy, jak chcemy, bo język jest nasz. ale kiedy widzę, że w książce sprzedawanej pod wielkim szyldem literatura, ktoś wciska mi korektorską porażkę, moja złość rośnie.

czasami wydaje mi się, że są takie książki, które nie powinny się wydarzyć. w trakcie lektury latawca z betonu, to wrażenie mnie nie opuszczało. jak pisze pan w., czołowy recenzent portalu czytelniczego należącego do dużego wydawnictwa z siedzibą w krakowie – pała!


21:37

pogrzebmy krytykę warunkową

wygodnie żyje się w świecie pozbawionym odpowiedzialności. w świecie, w którym ktoś inny przejmuje jej ciężar. w końcu to najprostsza droga, by wieść życie z dala, w świętym spokoju, nie tyle poza czasem, co wyłącznie w swoim czasie — swój naiwny nieukontekstowiony makrożywot. nie chodzi tutaj wyłącznie o  jednorazowy gest oddania, a o transakcję niepozbawioną konsekwencji. transakcję łączącą wnętrze i zewnętrze, a tym samym ustanawiającą relację zależności między nami a zewnętrzem. trzeba przyznać, że owa relacja najczęściej pozostaje poza świadomością, bo wraz z jej dokonaniem, rezygnujemy z możliwości oglądu, perspektywy, spojrzenia innego niż spojrzenie do naszego wewnątrz. zostajemy my i żaden świat więcej. co jednak tragiczniejsze, oddajemy to, co nam najwłaściwsze — naszą sprawczość. to, co przeraża (wielkie, przytłaczające słowo), to wykorzystanie dobrowolności, by oddać swoją wolę, czyli nic innego jak oddać siebie. dajemy się (wy)prowadzić, nieważne dokąd, nieważne po co.

chciałoby się powiedzieć, cóż, piękny nasz świat, w którym to, co etycznie wątpliwe, nie jest naszą winą. zło jest bardzo daleko, za ekranem, a więc na spokojnie uruchommy nasz autogłask: to nie nasza wina, nothing to be done. wobec tego chwilowo korzystajmy ze spektaklu tragiczności i zła, zajmijmy się nim tylko przez moment, by z ulgą móc się odsunąć, by przypomnieć sobie, że nie chcemy czuć. popatrzeć i odejść, po chwili zapomnieć. nie zaprzeczam, że odpowiedzialność można porzucić w pełni świadomie — w świecie nieznośnym nie ma prostszej i bardziej oczywistej roli niż rola zblazowanego cynika.
niektórzy twierdzą, że to przesunięcie odpowiedzialności dokonało się przede wszystkim pod wpływem mediatyzacji. zapominają jednak, że w centrum stale znajduje się człowiek — i to po każdej stronie. przesunięcie nie tylko z czegoś wynika, ale stale czemuś służy. a służy zawsze innym ludziom okupującym zewnętrze. zatem na nic zdają się gadki, że głos nie ma znaczenia. owszem, jego sprawczość jest ogarniczona, ale musi wybrzmieć, by zrealizował się tkwiący w nim potencjał, utajona kyniczność

zdawałoby się, że uwagi dotyczące imperatywu odpowiedzialności znajdują się dość daleko od tego, czym zajmuję się zazwyczaj i po co wykonuje się klik w tę, chwilami martwą, e-przestrzeń. nic bardziej mylnego, chociaż bywam specjalistką od historii bez puent, w puentę tego tego tekstu bardzo wierzę. rezygnacja z odpowiedzialności i sprawczości prowadzi do tego, że to zewnętrze przejmuje naszą decyzyjność, prowadzi nas na smyczy, trzyma w ryzach, kieruje upodobaniami lub kreuje je za nas, nierzadko pokazuje nam, co ma wartość poprzez nonszalancki gest wrzucenia czegoś w naszą ograniczoną perspektywę wnętrza.
i to jest problem krytyki literackiej w ogóle. krytyczki i krytycy pokazują nam, na co zwrócić uwagę, co ma wartość, co powinno nas zatrzymać w męczącym pędzie tu i teraz. to takie łatwe, dać się pokierować przez innych. ale proszę rozważyć, jeśli to tylko sztuczka, chwyt, a wszystko, co zjawia się na czytelniczym horyzoncie, to wynik podobnych transakcji, jak transakcja oddania sprawczości w zamian za wygodę. co, jeśli krytyka literacka również ma swoje zewnętrze, a są nim układy warunkowane sytuacją na rynku albo wymienionymi uśmiechami. jeśli ci państwo za nic mają etykę (kolejne wielkie słowo), a raczenie ludzi gównem nie stanowi dla nich problemu, mimo że — jak już kiedyś podkreślałam — życie jest skończone i trwonienie czasu na to, co literacko wątpliwe, w dodatku w wyniku czyjejś zależności, jest obrzydliwe, co wówczas. zewnętrze jest wygodnickie, a przez to bywa uparte. dlatego też droga imperatywu odpowiedzialności wiedzie od wnętrza do zewnętrza. fakt, że każde zewnętrze jest wnętrzem (XD) nie powinien być zniechęcający, bowiem pokazuje, że potencjalna sprawczość tkwi w każdy z nas, czasem po prostu pozostaje niezrealizowana bądź skutecznie zablokowana przez inne uwarunkowania. w każdym razie, by powrócić bezpośrednio do kwestii krytyki literackiej, w tym przypadku chcę pokazać, iż istnieje pewne wyjście, to jest odebranie sprawczości poprzez ponowne wzięcie na klatę odpowiedzialności przez nas — czytelniczki i czytelników. jeżeli jedyne, na co zazwyczaj możemy liczyć, to pozytywna recenzja książki opublikowana na dwa tygodnie przed udostępnieniem prebooków przez wydawczynię/wydawcę albo pean na cześć książki przyjaciółki/przyjaciela kogoś, bądź śmiała pochwała, która kosztowała parę egzemplarzy lub dyszek, to rzeczywiście zostaje nam wyłącznie droga, którą można dissować jako naiwną. zostaje nam dostrzeżenie zależności: naszej, wynikającej z przesunięcia odpowiedzialności, i zewnętrza, które tę odpowiedzialność porzuciło na rzecz korzyści wynikających z zależności wobec kolejnego zewnętrza; z kolei dostrzeżenie powinno prowadzić nas prosto do wyartykułowania. 

oto właśnie podstawa imperatywu odpowiedzialności, pierwszy krok — dostrzeżenie i wyartykułowanie. nieco później przychodzi efekt. w języku nie ma nic bardziej owocnego niż kwestionowanie. bądźmy podejrzliwe/i, krytyczne/i. nawet osoby uchodzące za najbardziej fair najczęściej nie grają fair, a jedynie robią sobie dobrze wierząc, że stoją u steru gustu.
chyba utknęłyśmy/liśmy w środku, ale jeśli nie możemy przebić się do zewnętrza, by tam zrealizować najpiękniejszy potencjał, jak posiadamy, to wymierzmy ostrze krytyki, odbierzmy uwagę i wykorzystajmy tkwiącą w nas siłę, by nie dać się sterować, by nie dać narzucić sobie reguł gry. słowem, weźmy odpowiedzialność na nowo, dajmy zajść słońcu na horyzoncie krytyki warunkowej. 

19:53

pokaż swój przywilej

zazwyczaj po publikacji raportów dot. czytelnictwa dużo i głośno jęczymy, a nasze łzy spadają na prousta, celana, joyce'a. ustawiamy wielkich panów do zdjęcia, w podpisie załączamy szereg pytań, które układają się w pieśń retoryczną o pozycyjnej wyższości, intelektualnej podniecie i nacieraniu duszy kurzem ze spleśniałych woluminów. ileż to osób nie ma w domu ani jednej książki, a ile tylko podręcznik sprzed kilkudziesięciu lat, czy to koniec świata, kiedy ominął nas pogrzeb kultury? 

twierdzisz, że czytasz, bo lubisz, musisz albo masz na to ochotę. najprawdopodobniej jednak czytasz, bo umożliwia ci to kapitał, trwałe dyspozycje. używasz swoich książek brzydko, budujesz z nich swoje proscenium, na które za każdym razem wspinasz się nieco pewniej, trochę szybciej łapiesz równowagę, by na końcu stwierdzić, że oto jesteś, ty, twoja wiedza, twoja władza, twoja przewaga. ależ tu pięknie, ależ tu bezpiecznie, myślisz. rzadko patrzysz w dół, jednak jeśli już to robisz, to na okamgnienie, by z tym większą ulgą rozejrzeć się dokoła siebie. twoja aura jest genialna, tworzysz ją prosto, biegasz z książką jak z karabinem – z pełną gotowością, z pełną świadomością – jeśli możesz się o coś potknąć, to tylko o hegla, niby czytasz wszędzie, a tak naprawdę nigdy, tylko wodzisz wzrokiem po kartkach, przewracasz strony pęsetą, by oddać szacunek literaturze.

16:47

literatura, promocja i krytyka – o tym, jak dajemy nabić się w butelkę

przyznam, że wydawnictwa rzadko są w stanie nabić mnie w butelkę. zazwyczaj wiem po jaką książkę sięgam, czego się po niej spodziewać. być może wynika to z patologicznego stopnia zaangażowania w risercz. jakkolwiek by nie było – jeśli już decyduję się biczować literaturą, to z własnej woli bądź woli mariana es. czytelniczkom i czytelnikom, którzy wciąż nie wypracowali swojego filtra – a przypominam, że życie jest temporalne, możliwe, że jednorazowe, a książek ocean, w którym łatwo utonąć – polecam naukę zaklęć obronnych na strategie promocyjne
wszystkie magic starsy krytyki literackiej potwierdzą, że nie liczy się tylko treść. skończyło się myślenie o literaturze, w którym nie uwzględnia się niczego prócz paplaniny zawartej pomiędzy okładką książki. nie oznacza to, że każda książka ma być liberacką petardą. coraz więcej wydawnictw zdaje sobie sprawę z tego, co przyciągnie odbiorców i co sprawi, że dany produkt będzie nośny – zwłaszcza w sieci. i właśnie dlatego dałam się nabrać.

19:46

„pieśń koguta” viktora fischla

„pieśń koguta” viktora fischla

i jest też literatura, która pulsuje. pulsuje nie tylko swoim życiem, ale też wieloma innymi opowieściami. również twoją historią. zdaje się, że pieśń koguta viktora fischla jest właśnie taką książką.

19:00

to dopiero początek. „cierpienia młodej hany” katji gorečan

to dopiero początek. „cierpienia młodej hany” katji gorečan

mylicie się, jeśli myślicie, ileż to ostatnio literackich głosów młodego feminizmu, ile mocnych dziewczyńskich, kobiecych ja. mylicie się też, jeśli  j u ż  stwierdzacie, że bolą was głowy i duszyczki od całej tej pisanino-paplaniny. jesteście w błędzie, jeśli mówicie, zmęczył mnie ten temat, i jeżeli w efekcie podnosicie larum, halo, czy jest na sali prawdziwy poeta. raczej nie macie racji, jeśli twierdzicie, że to moda, za którą nic nie stoi, bo przeciwnie – mamy do czynienia realną potrzebą wywołaną konkretną sytuacją społeczno-polityczną. mylicie się, jeśli krzyczycie, ile można. mylicie się, bo to dopiero początek.

23:46

wokół „przyduchy” macieja piotra prusa

wokół „przyduchy” macieja piotra prusa

ze złymi książkami bywa różnie. zwłaszcza, kiedy mamy do czynienia z nachalną promocją i próbami robienia z książek petard, które uderzają raz, najlepiej dwa tygodnie przed oficjalną premierą, a miesiąc po hucznej celebracji, panelach dyskusyjnych prowadzonych przez zdolnych chłopców, słuch po nich zanika. właściwie, przyglądając się praktykom niektórych wydawnictw, można by się zastanowić, czy wydawców interesuje jeszcze jakieś wartościujące podejście do literatury (i nie mam tu na myśli starych foremek literatury wysokiej i niskiej), czy wyłącznie książki jako produkty. przedłużeniem tej męczącej konsumenckiej praktyki jest to, co później z książek-produktów robią ci, którzy w sprawie literatury, jak twierdzą, mają coś do powiedzenia. a zatem na scenie pojawiają się krytycy. krytyk to słowo dość pojemne, pomieści nawet osoby, które zajmują się wyłącznie streszczaniem fabuły, czy tych, którzy książki umieszczają w skali od jeden do dziesięciu, a nawet, tak się zdarza, wepchnie się tam jakiś bloger. oczywiście, jesteśmy w stanie usłyszeć też w nim echo, pogłos buntu, który utrzymuje się nawet, co zaskakujące, u roczników osiemdziesiątych, które wciąż wierzą w wielkość krytyki akademickiej, gdy tymczasem inni chcieliby już zapalić znicze na jej grobie.

15:00

w pułapce. o „koali” lukasa bärfussa

w eseju hotel derrida (fantazja) jacek gutorow pisał: „zdaję sobie sprawę z faktu, że gdzieś czeka na mnie obce. mój rewers. a w każdym razie coś, co może wywrócić mnie na nice, podszewką do góry”. ta – w duchu, sorróweczka za to, dekonstrukcyjna myśl – pokazuje, że to dekonstrukcja, ten przedmiot beki pierwszego roku studiów, może być nie tylko narzędziem w rękach czytelnika, pewną strategią odczytywania tekstu, ale także świadomym działaniem autora, pułapką zastawioną na odbiorcę. a kiedy w nią wpadnie, nie będzie odwrotu. zderzenie z innością, w jakiejkolwiek postaci, zawsze pozostawia ślad. czasami śladem będzie transformacja podmiotu, kiedy indziej zaś jego konserwatywne tupanie nogą, charakterystyczny mechanizm obronny, pasywność w zderzeniu z czymś nowym.

świat przedstawiony w powieści lukasa bärfussa nie jest żadnym novum. problemy, które porusza autor w koali – samobójstwo czy niechlubna historia kolonializmu europejskiego – nie są nam obce. i chociaż już zawładnęliśmy tym uniwersum, opanowaliśmy je także epistemologicznie, innymi słowy: zdążyliśmy poczuć się jak u siebie, pewni gruntu, po którym stąpamy, to narracja, a co za tym idzie, również perspektywa, jest zupełnie niestandardowa. to właśnie pułapka, a w niej my – zdezorientowani, zgubieni, zderzeni z innością. 
Copyright © 2016 po krzywej wieży , Blogger